CLVIII Sophie
Sophie
zajęta była odczytywaniem wywiadu sporządzonego przez doktora Atkinsa.
Młodzieniec miał wyjątkowo paskudny charakter pisma. Oczywiście istniał
stereotyp o tym, że lekarze generalnie piszą jak kura pazurem, lecz Atkins
przeszedł sam siebie. Sophie zastanawiała się nad zatrudnieniem kryptologa.
- Byłbym
wdzięczny, gdyby nie wkładała mi pani w usta swoich wulgarnych słów – rzekł
doktor Elssler, zmuszając Sophie do podniesienia głowy. Amy i Claire, dwie
pielęgniarki drgnęły niespokojnie.
- O jakich
słowach dokładnie mówimy? – spytała Sophie z lekkim uśmiechem.
- Cytuję:
„Pierdolec”, koniec cytatu. Doktor Cavendish zmył mi za to głowę. Całkiem
niesłusznie.
- Ale to
określenie do niego pasuje, prawda?
Pielęgniarki
zaśmiały się pod nosem.
- Nie życzę
sobie takiego spoufalania się. Jest tu pani nowa i takie zachowanie nie
przystoi.
- Jestem tu
nowa i dlatego znajduję się na samym dole drabiny społecznej? – Sytuacja
zaczynała się robić coraz mniej przyjemna.
- Dokładnie
tak – przyznał doktor Elssler, po czym rzucił dokumenty pielęgniarce Amy i udał
się na kawę w samo południe.
- Świetnie –
warknęła Sophie i wyniosła się do pokoju pielęgniarek, by ukryć się przed całym
złem tego świata.
Wcisnęła
tyłek w niebiańsko miękki fotel, zastanawiając się, czy powinna się wściekać,
czy może płakać nad swoim losem. Wszyscy tutaj mieli ją w głębokim poważaniu,
jakby nagle wiedzieli, jak mają funkcjonować. Doktor Cavendish każdego dnia
chodził zły jak osa, zaprzątając swoje myśli pracą, by nie tęsknić za swoim
poprzednim oddziałem. Doktor Elssler zgrywał niedostępnego i powoli zamieniał
się w doktora Cavendisha II. Młody lekarz, Jerome Atkins, zadzierał nosa, jakby
miał co najmniej trzy specjalizacje, a miał problem z pobraniem krwi. Doktor
Cavendish kazał mu pobrać krew do badań, bo akurat nie było wolnej pielęgniarki.
Atkins siłował się kilka minut, próbując namierzyć żyłę, by na końcu
stwierdzić, że pacjent jest odwodniony, bo krew nie chciała lecieć. Sophie po
raz pierwszy spotkała się z pacjentem, który „był za suchy”. Atkins był
wściekły, bowiem Ranjit musiał objaśnić mu, jak to się robi. Szczyt poniżenia:
lekarz pouczany przez pielęgniarza.
Doktor
Melissa Thompson to była inna para kaloszy, choć miała w sobie coś z
niedostępności Elsslera i dumy Atkinsa. Wielka pani kardiolog zajmowała się
tylko naprawdę ciężkimi przypadkami, zapewne licząc na jakieś wyzwanie. Mniej
wymagające sprawy zostawiała Atkinsowi, a po jego selekcji pozostawali pacjenci
dla Sophie. Nie musiała się zatem głowić nad ciekawostkami medycznymi, co
odejmowało jej sporo roboty. Nie mogła się jednak pochwalić przy kawie żadnymi
sukcesami.
- Ciężki
dzień? – spytała siostra Bradshaw, podając Sophie kubek z kawą.
- Raczej
ciężkie życie – mruknęła Sophie, z wdzięcznością przejmując kubek.
- Doktor
Cavendish będzie je jeszcze bardziej utrudniał…
- Długo go
pani zna?
- Nie
bardzo. Zostałam pielęgniarką przełożoną na oddziale doktora Cavendisha
niedawno, a teraz wraz z doktorem przeniesiono mnie tu. Doktora Elsslera znam
trochę dłużej i stwierdzam, że on i Cavendish są siebie warci.
- Chyba
zostaną najlepszymi przyjaciółmi – sarknęła Sophie.
- Raczej
wątpię, doktor Cavendish nie wygląda na takiego, co mógłby się z kimkolwiek
zaprzyjaźnić.
Sophie miała
nadzieję, że uda się jej jakoś przetrwać te sześć miesięcy z Jonathanem
Cavendishem, bo jeśli nie, to popełni samobójstwo przed objęciem wyczekiwanego
stanowiska. Wolała zatem nie rzucać mu się w oczy, żeby nie musieć konfrontować
się z nim zbyt często.
- Tu się
ukrywacie! – zawołał radośnie Ranjit, sprawiając, że obydwie kobiety
podskoczyły.
- Dobry
boże, myślałam, że to Cavendish! – sapnęła ciężko Sophie, sprawdzając, czy nie
oblała się kawą.
- A wyglądam
jak ten pierdolec? – Ranjit wyszczerzył zęby. Musiał być przy tym, jak
Cavendish ochrzania Elsslera. – Niemniej organizuję dziś imprezę inauguracyjną.
- Inauguracyjną?
Dla kogo? – zdumiała się Emma.
- Jak to dla
kogo? Dla naszej słodkiej doktor Miles!
- Wydaje mi
się, że już mieliśmy wieczór zapoznawczy – wtrąciła Sophie, podnosząc palec.
- Ale
poznałaś tylko mnie. Musisz poznać jeszcze kilka osób. Emma zabierze
dziewczyny, ja jeszcze kogoś sproszę i będzie impreza. Spotykamy się na dole po
zakończeniu zmiany.
Sophie
średnio podobała się perspektywa kolejnego wyjścia z Ranjitem. Jegomość nie
miał żadnych limitów, pił na umór, co skutkowało koniecznością holowania go do
domu. Nie wiedziała, gdzie Ranjit mieszkał, choć oczywiście mogła to sprawdzić
w jego dowodzie. I tak mieli bliżej do niej, zatem skończyło się, że z pomocą
taksówkarza zwlekła zwłoki Hindusa do swojego domu.
- Nie próbuj
się wymigać od tego – Ranjit zauważył, że się wahała. – Co będziesz robiła w
tej wielkiej chacie?
Dom zrobił
na pielęgniarzu wrażenie, on sam mógł jedynie o takim pomarzyć. Żartował, że
byłoby to idealne miejsce na domówkę, choć Sophie ani myślała wydawać żadnych
przyjęć.
- Jest wiele
opcji… Mogę grać w golfa… - sarknęła, wiedząc, że Ranjit i tak dopnie swego.
- Nie daj
się długo prosić, bo Ranjit zatarga cię siłą – rzuciła Claire przechodząca obok
pokoju pielęgniarek. – Amy może coś powiedzieć na ten temat.
I zostało
przyklepane. Sophie miała poczekać na pielęgniarki i Ranjita pod budynkiem
szpitala po zakończeniu zmiany. Ranjit zaplanował dla nich już cały wieczór,
ale – jak zapewniała Amy – utkną w pierwszym lokalu, bowiem Ranjit zdoła się
nawalić i nikt nie będzie mógł go ruszyć.
Sophie
zastanawiała się, czy nie zostanie to przez kogoś źle odebrane. Po chwili
namysłu stwierdziła jednak, że i tak znajduje się na dole hierarchii, więc
większej różnicy jej to nie zrobi.
***
Marzła na
dole, czekając na swoich towarzyszy, gdy doktor Cavendish wyłonił się z trzewi
budynku. Pożegnał się z Elsslerem, po czym ruszył wprost na Sophie, która nie
miała jak uciec. Była skazana na to, by ją minął.
- Miłego
popołudnia – powiedziała, bowiem tak nakazywała jej grzeczność.
- Ta, jasne
– burknął tylko Cavendish i pomaszerował szybko przed siebie. Co tak go
ciągnęło do domu, że pragnął znaleźć się w nim jak najszybciej? Nawet jeśli był
pusty, Sophie pozazdrościła mu. Bardzo szybko zmieniała zdanie odnośnie planów
towarzyskich i jeśli nawet się na coś cieszyła, konfrontacja z danym
wydarzeniem zawsze wzbudzała w niej poczucie winy.
- Doktor jak
zwykle w szampańskim humorze – skwitowała Emma, która pojawiła się na dole jako
pierwsza.
- Ciekawe
dlaczego jest takim gburem – odparła Sophie. – Może żona w domu daje mu
popalić?
- Nie
zauważyłam u niego obrączki, nie sądzę, by był żonaty.
- Brak
obrączki jeszcze o niczym nie świadczy. Wielu lekarzy zdejmuje je, gdy obcuje z
pacjentami.
- Co zatem
może go tak przygnębiać? Oczywiście oprócz tego, że jest skazany na nas?
- Zapewne
wraca szybko do swojego niewielkiego domku, w którym czeka na niego jedynie kot
i tylko po to, by go pan nakarmił. Potem otwiera butelkę z winem i ogląda
program kulinarny, zajadając się chińskim żarciem na wynos.
W zasadzie
nie była to aż taka zła perspektywa. Sophie marzyła o tym, by ktoś czekał na
nią w domu, nawet jeśli miałby być to jedynie kot. Zamiast niego przywita ją
cisza i wszechobecna pustka, jaką pozostawił po sobie jej Will. Nie powinna
była wprowadzać się do tego domu, który był atakowany niczym forteca przez
zawistną rodzinę Willa. Chciała mieć mały domek na przedmieściu z niewielkim
ogródkiem po to tylko, by móc dwa razy w roku skosić trawę.
Ranjit był
prawdziwą duszą towarzystwa, co najwidoczniej podobało się Claire i Amy,
natomiast Emma i Sophie – nowe członkinie zespołu – czuły się lekko
niezręcznie. Po kilku drinkach, pił je stanowczo za szybko, był rozgadany i
wszędzie go było pełno. Sophie już wiedziała czego się spodziewać, lecz ani
trochę nie była na to przygotowana.
- Kim
właściwie jest ta jędza w różowym fartuszku, która regularnie nawiedza doktora
Pierdolca? – spytał głośno Ranjit, aż Sophie się skuliła w kącie. Miała
najlepsze miejsce siedzące.
- To Briggs
z radiologii – oznajmiła Amy, powstrzymując czkawkę. – Ktoś jej kiedyś
powiedział, że wygląda ślicznie w tym fartuchu i od tego momentu tak chodzi.
-
Zdecydowanie czuje miętę do doktora Pierdolca. Myślicie, że coś między nimi
kiedyś było?
- A to jest
w ogóle możliwe? – zaśmiała się Emma.
- Tylko
jędza jest w stanie go ujarzmić – stwierdziła Claire. – Ej, a może on jest
gejem?
- Dobry
boże, to, że nie szuka sobie partnerki w miejscu pracy, nie oznacza jeszcze, że
ma inne preferencje – obruszyła się Sophie z niewiadomego powodu. Alkohol
wydobył na jej policzki pokaźne rumieńce.
- Patrzcie,
kto broni naszego ordynatora! No, no, Sophie! Pamiętaj, masz tylko pół roku, by
go usidlić! – zarechotał pielęgniarz.
- Jest
ostatnią osobą, jaką bym chciała, Ranjit. Naprawdę nie potrzebuję
naburmuszonego dziecka.
- A może on
ma jakieś ukryte talenty?
- Nie
irytowanie wszystkich dookoła?
- A może
umie grać na gitarze?
- Świetnie
gra mi na nerwach.
Sophie
pociągnęła solidny łyk whisky, by zagłuszyć złość na samą siebie. Ranjint
uznał, że musi uzupełnić drinki i podreptał w kierunku baru. Dziewczyny
przysunęły się do Sophie, osaczając ją ze wszystkich stron.
- Nie lubisz
Cavendisha, ale co sądzisz o Elsslerze? – spytała Claire konspiracyjnym
szeptem.
- Co…? –
zdumiała się Sophie.
- No, jest
przecież całkiem-całkiem – zauważyła Amy.
- Nie wiem,
którym wszechświecie…
- Był kiedyś
z Melissą Thompson. Jest niezadowolona, że ją rzucił.
- To ona
rzuciła jego! – zaoponowała Claire.
- Niemniej
można wyczuć drobny konflikt na linii Elssler-Thompson.
- Elssler
stał się dobrym koleżką Cavendisha.
- Atkins
natomiast z nikim nie trzyma. Klasyczny zadufany w sobie dupek.
- Nie wiem,
czy jesteś tego świadoma – wtrąciła Emma, pragnąc zakończyć tą bezcelową
wyliczankę – ale podałaś definicję lekarza. Niemal każdy jest zadufanym w sobie
dupkiem.
- Za to
pielęgniarze są cudownymi cudotwórcami! – Ranjit nadszedł z drinkami. Nastało
małe zamieszanie, podczas którego starał się dopasować napój do osoby. Koniec
końców każdy wziął to, było im przeznaczone.
- Wiecie, na
oddziale może być tylko jeden wielki dupek – rzekła siostra Bradshaw, sącząc
drinka przez słomkę.
- Wierz mi,
Cavendish nie ma sobie równych – odparła Sophie, obracając swoją szklankę w
dłoniach. – Reszta to co najwyżej pomniejsze dupki.
- Dobra dupa
składa się z dwóch pośladków… - westchnął Ranjit, po czym wylał na siebie
połowę swojego drinka, tak się uśmiał z własnego żartu. – Powinniśmy cię
spiknąć z Cavendishem. Mogłoby być nawet zabawnie.
- Mam już
sobie szykować trumnę? Bo chyba umrę z całej tej zabawy – mruknęła Sophie,
marząc, by zeszli w końcu z tematu doktora Cavendisha.
- Ale nie
masz żadnego faceta, co? To w takim razie musimy ci jakiegoś znaleźć…
Ranjit
zaczął rozglądać się po pubie w poszukiwaniu wybranka dla Sophie, która miała
nadzieję zakończyć temat facetów, związków i Cavendisha. Podczas poprzedniego
wyjścia poznała nieco rozrywkową duszę Ranjita, która to dusza uleciała z niego
i wylądowała na trawniku tuż za furtką jej posesji. Sophie chciała poznać
ekipę, z którą miała współpracować przez najbliższe pół roku. Niestety muzyka
była za głośna, Ranjit śmiał się za głośno, zaś Amy i Claire pogrążyły się w
rozmowie na sobie tylko znane tematy. Sophie i Emma wpatrywały się w siebie
niezręcznie.
- Idziesz do
toalety? – spytała bezgłośnie Emma. Sophie skinęła głową. Siostra Bradshaw na
migi pokazała jej, by zabrała kurtkę.
Wydostały
się na świeże powietrze niezauważone. Miały szczęście, że jesień nie okrasiła
ich deszczem, bowiem żadna z nich nie miała przy sobie parasolki.
- Ranjit to
prawdziwa dusza towarzystwa – stwierdziła Emma.
- Cóż, tym
razem ta dusza dostała się pod opiekę Amy i Claire – odparła Sophie z ulgą.
Targanie potężnego ciała Ranjita nie było łatwym zadaniem.
- Mam
nadzieję, że cię nie uraziłam…
- Czym
takim?
- Definicją
lekarza. Naprawdę istnieją wyjątki od reguły.
- Obawiam
się, że doktor Cavendish nie toleruje wyjątków od reguły.
- Zatem
musimy ustalić własne reguły. Doktor Cavendish kiedyś nas opuści, podobnie jak
ty. Jak to się w ogóle stało, że do nas trafiłaś?
- To dość
długa historia…
- Mamy czas.



Komentarze
Prześlij komentarz