CLIX Jonathan
Jonathan
wrócił do domu z dziwnym uczuciem swędzenia w dolnej części pleców. Jego matka
mawiała, że tyłek swędzi, gdy ktoś cię obgaduje. Codziennie dostarczał swoim
pracownikom powodów do obmawiania. Chyba będę się musiał przyzwyczaić, westchnął
w myślach.
Wystarczyła
jednak chwila pieszczot z Norą, by świąd ustąpił. Postanowił, że uraczy się
dziś porządnym obiadem, zamiast zamawiać żarcie od chińczyka. Gotowanie
oczywiście zaczynało się od otwarcia butelki wina. Nora przysiadła na stole w
kuchni, czekając, aż jej pan wyjmie mięso z lodówki. Zawsze czekała na jakieś
smakowite kąski.
Niemal
otwierał drzwiczki od lodówki, gdy rozległo się brutalne walenie do drzwi.
Jonathan nie spodziewał się gości wczesnym wieczorem.
- Mark, nie
wiesz, do czego służy dzwonek? – spytał Jonathan, otworzywszy drzwi. Gdyby tego
nie uczynił, Wilkinson zmieniłby je w kupę wiórów.
Sytuacja
musiała być poważna, bowiem Markowi towarzyszył Bart, a rzadko się zdarzało, by
obydwaj walili do jego drzwi. Sytuacja była tym poważniejsza, że przynieśli ze
sobą pizzę i alkohol. Tyle było z wykwintnego obiadu na dziś.
-
Pomyśleliśmy, że przyda ci się towarzystwo, bo nam gnuśniejesz – rzekł Mark.
Nora musiała ustąpić miejsca pudełkom pizzy.
- Nie wiem,
skąd ci to przyszło do głowy – odparł Jonathan. – Czuję się znakomicie.
- I tak
przyślę do ciebie Arthura.
- Chyba nie
rozumiem tego żartu – wtrącił Bart nieśmiało.
- Jon, ma na
oddziale niezłą laskę – wyjaśnił Wilkinson – a mówi o niej tak, jakby nie
zauważał jej walorów. Wierz mi, widziałem ją na własne oczy. Więc albo on traci
wzrok, albo jest gejem.
- Jedno nie
wyklucza drugiego – orzekł Bart, rozwalając się wygodnie na kanapie.
- Coś ty
taki zmęczony? – zdziwił się Jonathan. – Leszczu daje ci się we znaki?
- Jestem
wkurzony, bo poprzestawiał mi plan operacji, by wcisnąć jakiegoś dupka z
drużyny sportowej. Zmusił mnie do postawienia diagnozy w trybie ekspresowym, a
potem do przeprowadzenia operacji. Jeszcze nigdy nie czułem się tak
niekompetentny. Przez niego miałem opóźnienie.
- Chciałeś
chyba powiedzieć: „większe opóźnienie niż zwykle” – zaśmiał się Jonathna.
Pizza
wylądowała na stoliku kawowym, w sam raz dla Nory. Nie musiała się szczególnie
wysilać, by podkraść komuś szynki.
-
Zastępujesz mnie godnie, Mark? – spytał Jonathan, wygrzebując ananasa z pizzy.
Bart zrobił to samo z ostrymi papryczkami, po czym najzwyczajniej w świecie się
wymienili.
- Bradley
skutecznie mnie powstrzymuje – jęknął Mark. – Mogę tylko sobie poburczeć pod
nosem.
- Jak kiedyś
pielęgniarki miały cię po dziurki w nosie, tak teraz błagają, byś wrócił –
dodał Bart z pełnymi ustami. Nora wskoczyła na kanapę obok niego i cicho
miauczała, by dał jej kawałek. „Daj, daj, daj”. – Daj to chiński sprzedawca jaj
– mruknął do niej, ale podzielił się szynką ze swojego kawałka. Oblizała się z
wdzięcznością i skierowała się ku Markowi. Potem pójdzie do Jonathana i wróci
do Barta. Oni niewiele stracą, a ona będzie syta.
- Jak
radzisz sobie z Emmą Bradshaw? – zagaił Mark, poruszając znacząco brwiami.
- Wyobraź
sobie, że nad wyraz dobrze – sarknął Jonathan. – Jest posłuszna i nie wchodzi
mi w zdanie. Wcale nie chcę się przez nią powiesić.
- Czyli nie
zmieniła się ani trochę… Osobiście uważam, że to urocza kobieta.
- Której
życiowym celem jest chyba nadepnąć mi na odcisk.
- Już zrobiły
ci się odciski? Mówiłem ci, żebyś nie próbował pracować za wszystkich.
- Nagle
stałem się ekspertem od wszystkiego.
- Czyli mogę
się do ciebie wybrać z hemoroidami?
Bart i Mark
ryknęli głośnym śmiechem, aż spłoszyli Norę.
-
Kolonoskopię masz u mnie w gratisie – dodał Jonathan, susząc zęby.
- Chyba nie
jest do tego potrzebna, co?
- A co,
nagle stałeś się proktologiem?
Jonathanowi
brakowało tych spotkań, podczas których mogli się pośmiać i pogadać od serca.
Bart i Mark mieli rodziny i to z nimi spędzali wolny czas. Jonathan jako
wieczny samotnik musiał czekać cierpliwie, aż nadarzy się okazja. Potrzebował
tego tym bardziej, że cała kwestia ze zmianą oddziałów nieco go przybiła.
- Meyers się
żeni – oznajmił Bart, jakby byli trójką plotkujących przyjaciółek sączących
kawę ze Starbucksa. Z tą różnicą, że popijali sobie whisky.
- Rany, nie
wiedziałem, że miał dziewczynę – westchnął Jonathan z uznaniem. Meyers był
paskudnym typem, który odstraszał każdego. Jego irytująca maniera mówienia,
która sprawiała, że był lekko syczący, sprawiała, że dłuższa rozmowa z
jegomościem była torturą. Jonathna pamiętał jego żałosne próby podrywu w
szpitalnej kafeterii. Raz nawet zakończyło się to soczystym liściem w twarz.
- Spójrz, on
ma narzeczoną, a ty nadal sam – rzucił Mark. Nie pił zbyt często, przynajmniej
od czasu gdy skończył studia, przez co upijał się szybko. Już niewielka ilość
wystarczyła, by na policzkach pojawiły się rumieńce, a język zaczął się plątać.
Po pijaku Mark zamieniał się w dobrego wujka, który pragnął ułożyć Jonathanowi
życie.
- Jest mi
dobrze, jak jest – Jonathan nie widział w tym problemu.
- Ale nie
chciałbyś, by po powrocie do domu czekała na ciebie kobieta?
- Czeka na
mnie Nora. Tylko czasem urządza mi awantury, że wracam za późno lub jestem
pijany.
- Jonathan,
dobrze wiesz, co mam na myśli. Kot nie ogrzeje cię w nocy.
- I tu się
mylisz, mój przyjacielu.
- Poddaję
się. Zamieniłeś się w szaloną kocią mamę.
Mark i Bart
zasępili się nad ponurym losem przyjaciela. Oni naprawdę sądzili, że obecność
drugiej osoby była szczytem szczęścia. Niestety Jonathan miał nieco inne
podejście do życia. Cieszył się tym, co miał. Z Norą łączył go przypadek i był
wdzięczny za ten przypadek. Choć nie mogła mówić, sprawiała, że nie czuł się
wcale samotnie. W zasadzie był to spory plus – nigdy nie zmyła mu głowy za
niewłaściwe zachowanie. Nie chodziła za nim i nie składała mu równo ubrań, sam
potrafił to robić. Sam segregował swoje skarpety, a gdy mu się nie chciało,
mógł pozostawić stosik w kącie pokoju. Mógł ugotować sobie obiad i nie musiał
się przejmować, gdy akurat naszła go ochota na chińskie żarcie lub kebaba. Nora
gotowa była wciągnąć wszystkie resztki. Tak, to był jego ponury los.
Problem
polegał na tym, że często spędzał w pracy zbyt wiele czasu. Nie było zatem miejsca
na randki. W pracy siedział dłużej, bowiem nie miał do kogo wracać, oprócz Nory
oczywiście. Wpadł w zaklęty krąg, z którego nie potrafił się wydostać. Nie
chciał się wydostać. Nagła zamiana przyzwyczajeń przerażała go. Uważał, że to
właśnie jego przyzwyczajenia były częścią tego, co go definiowało. Miałby nagle
wszystko poprzestawiać? Był przyzwyczajony do ciszy i spokoju, jakie miał
szanse na to w obecności drugiej osoby? I nie było tak, że nigdy nie pragnął
kogoś, kto mógłby go przytulić po wyjątkowo paskudnym dniu. Nie potrafił jednak
wyjść ze swojej strefy komfortu złożonej ze złośliwości i sarkazmu.
Po prostu
przestał się zmuszać. Zaakceptował swoje życie takim, jakie było. Zestarzeje
się samotnie i nikt nie będzie po nim płakał. Plan idealny.
- Meyers
znalazł swoją dziewczynę na portalu randkowym – powiedział Bart po chwili
milczenia. – Mówię ci, powinieneś spróbować.
- Jeszcze
nie upadłem na głowę – odciął się Jonathan. Nie był aż takim desperatem, by
miłości szukać w sieci.
- Daj
spokój, co ci szkodzi? – rzekł błagalnym tonem Mark.
- Jaką
umysłową amebą trzeba być, żeby się na to porwać?
-
Zatrudniłeś jedną taką umysłową amebę. Jemu się udało, a tobie miałoby się nie
udać? Przy twoich rozlicznych talentach?
- Och, bo
jeszcze się zarumienię. Nie, nie i jeszcze raz nie.
-
Znaleźliśmy z Bartem portal, na który nie musisz wrzucać swojego zdjęcia.
Wszystko w ciemno.
- Dobrze się
przygotowaliście. W ciemno mam sobie wybrać jakąś maszkarę?
-
Prawdopodobieństwo napotkanie takiej Briggs jest znikome.
- Jest
bardzo duże, zważywszy, że chyba tylko świruski się w to bawią.
- Ty też
możesz się zabawić – wtrącił Bart. – Masz cięty język, wykorzystaj go w sieci.
Jeśli którakolwiek panna przejdzie twoją selekcję, będzie ciebie godna.
- A jeśli
okaże się, że to będzie facet?
- Cóż,
jesteśmy z Markiem otwartymi ludźmi.
Nora
wskoczyła Jonathanowi na kolana gotowa w każdej chwili go bronić. Uważała, że
jego pan zasługuje tylko na jedną towarzyszkę – owa towarzyszka nazywała się
Nora i miała dużo włosów.
Trzeźwy
Jonathan w życiu nie zgodziłby się na pomysł Barta i Marka. Pijany Jonathan był
już jednak inną osobą. Jonathan nie lubił tej drugiej strony. Śmiała się za
głośno, miała problem z koordynacją i była bardzo podatna na wpływ innych.
Rzecz jasna nigdy nie doprowadzał się do takiego stanu, znajdując się w
towarzystwie, któremu nie ufał. A ufał w zasadzie mało komu. Wilkinson i
Holland byli takimi wyjątkami.
Dlatego też
pijany Jonathan wraz z pijanym Markiem i pijanym Bartem przebrnęli przez
procedurę rejestracyjną. Użyli prywatnego maila Jonathana, o którym niemal
zapomniał, że istnieje, po czym napotkali kolejną przeszkodę w postaci hasła.
Twoje hasło musi zawierać duże litery,
co najmniej dwie cyfry, symbol, inspirujący cytat, tajemne zaklęcie,
hieroglif i włos jednorożca. Gdy już sądzili, że dotarli do sedna – musieli
wymyślić chwytliwy nick. Skoro na portalu nie zamieszczano zdjęć i wszystko
działo się zupełnie w ciemno, pierwszym krokiem do zainteresowania samicy było
wybranie ciekawej nazwy, by ktokolwiek kliknął w profil Cavendisha.
Po wielu
bzdurnych kombinacjach zdecydowali się na: „HawkeyePierce”, by oddać hołd
profesji Jonathana i serialowi, który namiętnie oglądali podczas studiów w
ramach przerwy od zakuwania do anatomii. Drugim krokiem był opis Jonathana.
Skoro nie było zdjęć, jak inaczej można było zachęcić samicę do kontaktu?
Jonathan był człowiekiem stąpającym pewnym krokiem po ziemi, wiedział, czego
chciał (choć niekoniecznie w tym momencie) i realizował to konsekwentnie
(raczej na pewno nie w tym momencie). Z bełkotliwych półzdań udało się złożyć
coś sensownego. Ledwie skończyli, już pojawiło się zainteresowanie.
-
Niesamowite, już ma wzięcie – rzekł Mark, widząc, jak trzy osoby przeglądają
profil Jonathana na portalu.
- Jestem
ciekaw, jak długo musiał łowić Meyers – zachichotał Bart. – Facet raczej nie ma
tak artystycznej duszy, by wymyślić oryginalny opis.
- Nie
doceniasz go – odparł Wilkinson. – Ma bujną wyobraźnię. Już się widzi na
stanowisku zastępcy ordynatora.
- Myślę, że
już nawet zrobił sobie plakietkę…
-
Niedoczekanie – mruknął Jonathan złowrogim tonem, po czym sturlał się z kanapy.
Mark dolał mu jeszcze whisky, po czym zachęcił go, by zaczął odpisywać na
wiadomości. Mark bowiem wierzył, że w tym morzu anonimowych nijakości znajdzie
tą jedyną.
Jonathan nie
robił sobie aż takich nadziei. Dlaczego wszyscy tutaj kreowali się na takich
wspaniałych? Wszystkie laski były takie wysportowane… Taniec, jogging, tenis,
maratony, tymczasem rzeczywistość mogła być taka, że raz w tygodniu wyszła na
spacer i tyle było jej aktywności. To przypomniało Jonathanowi, że dawno
niczego nie trenował.
Wszystkie
laski były kobietami sukcesu, artystkami, spełnionymi bizneswomen, którym facet
był raczej do niczego nie potrzebny. Mark i Bart naśmiewali się z pretensjonalnych
nicków, jakby „HawkeyePierce” nie brzmiało pretensjonalnie. „MoonQueen34”,
„YourGraceMary”, „LostSoul66”, to wszystko groziło awarią zwieracza cewki
moczowej. Jedyne, co przyszło ima na myśl, gdy zobaczyli „HeartStrings”, to
struny ścięgniste.
- Stary to
jest zabawniejsze od musztardowego sweterka Meyera! – załkał Bart, rozpaczliwie
chwytając powietrze.
Coś w tych
strunach ścięgnistych jednak tknęło Jonathana. Postanowił zapamiętać tą nazwę,
gdyby dane mu było natknąć się znów na ten profil, gdy będzie już całkiem sam.
***
Nora
bezskutecznie poszukiwała resztek pizzy, podczas gdy Jonathan upychał zwłoki
swoich przyjaciół w taksówce. Od teraz musieli sobie radzić sami. Gdy wrócił do
mieszkania, poczuł nieracjonalny wstyd. Dlaczego upijał się jak jakiś
nieopierzony młodzieniaszek? Następnego dnia miał się stawić w pracy zwarty,
gotowy i przede wszystkim porządnie odprasowany. Nie mógł sobie pozwolić, by
choć na chwileczkę zdradzić się ze skutkami nadmiernego spożycia alkoholu. Nie
miał już dwudziestu lat.
Uprzątnął
całe zamieszanie i podjął próbę ocucenia się pod prysznicem. Nora pochrapywała
już w jego łóżku, nie ruszyła nawet czubkiem ogona, gdy wyłonił się z łazienki.
Jonathan był pod wrażeniem jej zdolności, wydawała z siebie gamę przeróżnych
odgłosów, o które nigdy by nie posądził kota.
-
Niesamowite, niesamowite – mruknął do siebie, wsuwając się do łóżka. Sprawdził
jeszcze godzinę na telefonie. Dochodziła trzecia.
Wiedziony
nagłym impulsem odpalił aplikację z randkami. Przejrzał jeszcze raz profile,
śmiejąc się pod nosem. Co ja najlepszego wyprawiam?, spytał siebie w myślach.
„Mogę oddać
ci mój elektron, możemy się nimi podzielić, chyba że jesteś gazem szlachetnym.
Jeśli jednak twoja powłoka walencyjna jest zapełniona, czego tu szukasz?”,
przeczytał w pewnym momencie. Szczęśliwy zbieg okoliczności naprowadził go
ponownie na Panią Struny Ścięgniste. Co powinien napisać, by dobrze rozpocząć
konwersację? „Hej, co u ciebie”, było banalne i nie zachęcało do kontynuacji.
Właśnie dlatego jego skołowany mózg wysilił się na dość dokładny opis jego
obecnego stanu.
HawkeyePierce: Jestem pijany.
Cóż, wcisnął
Enter i już nie było odwrotu.
HeartStrings: Wypij dużo wody. Wiem, co
mówię (piszę).
HawkeyePierce: Inaczej obudzę się z kapciem
w ustach?
HeartStrings: Tak czy siak obudzisz się z
kapciem, ale będzie on mniejszy.
HawkeyePierce: Muszę się skupić na tym, żeby
na pewno była to woda.
HeartStrings: Powodzenia zatem.
- Czysta
głupota – mruknął do siebie Jonathan i schował telefon pod poduszkę.

Komentarze
Prześlij komentarz