CLXI James
Kiedy
ostatni razy trzymał dziewczynę za rękę? To było jakby w poprzednim życiu. Już
wiedział, za czym ostatnio tęsknił, choć nie potrafił tego ubrać w żadne słowa.
Dłoń Julii była zimna w przeciwieństwie do temperatury jej twarzy. Była
czerwona – ze wstydu? Zakłopotania? Z chwilą nawiązania fizycznego kontaktu
jego ciało przeszył jakby piorun. Głupcze, Julia nie była przewodem
elektrycznym z wadliwą izolacją, upomniał się w myślach.
Ze
znudzeniem obserwowała witryny sklepów w galerii, nie przejawiając
zainteresowania żadną rzeczą, jaką James jej pokazywał. Próbował jakoś ją
pobudzić, zmusić do działania, bowiem jego serce waliło jak oszalałe, a krew
dudniła w uszach. Paplał zapamiętale, na szczęście Julia niczego nie zauważyła.
Docierał do niej jedyne niewielki ułamek tego, co mówił. Nawet słowem się nie
zdradziła, że jest głodna. Jej brzuch jednak ją wydał uporczywym burczeniem.
James zaproponował, żeby zrobili sobie przerwę.
Julia
upierała się, że niczego nie chce, potem zmieniła zdanie na cokolwiek. Tym
„cokolwiek” musiały się stać frytki, bowiem od kilku dni za nim chodziły. Julia
gapiła się w szyby galerii, obserwując życie na ulicy. Nie zauważyła, że James
podjadał jej frytki.
- Powiesz
coś w końcu? – rzucił James z lekką irytacją. Od czasu przerwania fizycznego
kontaktu czuł się jak dawniej.
- Nie mogę
uwierzyć, że polewasz frytki keczupem – mruknęła, oderwawszy wzrok od ulicy.
- A niby jak
miałbym go dozować?
- Wyciskając
obok frytek. Co to w ogóle była za
scena z Kai?
James
parsknął śmiechem. A więc to było przyczyną jej otępienia? Zbierała siły na
awanturę?
- Chciałem
uratować sytuację. Zauważ, że już druga osoba wzięła nas za parę.
- Nie mam
pojęcia, dlaczego ktokolwiek miałby parować mnie z… tobą.
Odniósł
wrażenie, że chciała powiedzieć coś innego. Ktoś z zewnątrz mógłby stwierdzić,
że Julia uważała go za coś gorszego, z czym nie chciałaby mieć nic do
czynienia. W rzeczywistości to ona byłą tą gorszą, nieciekawą.
- Nie
musiałeś udawać mojego…
- Chłopaka?
– James wepchnął frytkę do ust. – Nie udawałem. W zasadzie to byliśmy razem. Ty
i ja w jednym miejscu, ze wspólnym celem.
- Nie wiem,
jaki był twój cel, ale na pewno nie pokrywał się z moim, bowiem takowy nie
istniał – sarknęła Julia. – Nie uważasz, że to trochę smutne, że twoim
największym osiągnięciem jest bycie synem swego ojca?
- Uuu, teraz
żeś mi dopiekła! Używam tej konstrukcji, bowiem „lord Dashwood” brzmi tak
poważnie. Mój ojciec jest rozpoznawany, podczas gdy…
- Ty jesteś
nikim.
- Zupełnie
jak ty.
- Wypraszam
sobie. Mam na koncie kilka publikacji…
- Jakoś nie
widzę ludzi rzucających się na ciebie po autograf.
- Pasuję.
- Pasujesz?
- Nie wygram
z tobą.
- Panie i
panowie, wiekopomna chwila. Kobieta nie może wygrać z mężczyzną!
Julia
posłała mu krzywy uśmiech, po czym zabrała się za swoje frytki. Trzasnęła go po
łapach, gdy próbował się do nich dobrać.
- Wiem, że
niekoniecznie musiało ci się to podobać, ale mina Kai była bezcenna – rzekł
James po chwili.
- Moje
upokorzenie za jej upokorzenie? – odcięła się.
- Ty zaraz o
tym zapomnisz, a ona będzie o tym długo rozpamiętywała. To, jak bardzo się
myliła, sądząc, że nigdy nie wyrwiesz się z domu, że zawsze będziesz nudna i
samotna.
- Jestem
taka.
- Ona będzie
myślała inaczej. Każdy będzie myślał inaczej. Ty też będziesz myślała inaczej,
jeśli przestaniesz to sobie wmawiać.
Zmieszała
się, bowiem nie spodziewała się małej mowy motywacyjnej ze strony Jamesa. Gdyby
uznawał ją za nudną, nie chciałby spędzać z nią czasu. Larissa miała płaską
osobowość, dlatego starał się jej unikać. Szkoda było tracić energię na
bezbarwne pogaduszki. Nie oznaczało to, że z Julią prowadził poważne
konwersacje o sensie istnienia, ale uwielbiał ledwie wyczuwalną dwuznaczność w
jej wypowiedziach, stabilną nutę sarkazmu i przebłyski nauczycielskiego tonu,
gdy sprowadzała go do poziomu niżej od siebie. Nie wiedziała tego, lecz czuł
się przy niej niczym skończony głupiec. Nie mógł się przy niej przechwalać
trudami wojskowego życia. Jego osiągnięcia nie zrobią na niej najmniejszego
wrażenia. Dawno już nie trafił na godnego przeciwnika.
Po
zakończonej przerwie obydwoje mieli więcej energii, by kontynuować bezcelowy
spacer po galerii. Zatrzymali się przy sklepie jubilerskim.
- Może coś
sobie wybierzesz? – spytał z przekorą, wskazując na połyskującą biżuterię,
dobrze wiedząc, że skromność Julii nie pozwoli jej na naciągnięcie go na coś
drogiego.
- Co powiesz
na to? – spytała, wskazując na wisiorek z zatopionym w żywicy skrzydełku
motyla. Był to przepiękny, czarno-niebieski okaz. – Skrzydło Papillio ulysses.
- Jest coś,
czego nie wiesz, czy jesteś entomologiem?
- Zajmowałam
się motylami, choć takie u nas nie występują.
- To
kosztuje pięćset funtów! Już chyba wolałbym zapłacić mandat…
- Zawsze
możemy wrócić na miejsce zbrodni. – Julia wyszczerzyła się pogodnie.
Nie zgodziła
się, by poszli do sklepów z ubraniami. James podejrzewał, że to zaledwie kwestia
czasu, gdy się złamie. Mówił jej, że ładnie by wyglądała w tamtym płaszczu, a
tamta bluzka pasowałaby jej pod kolor oczu. Słowa wyciekały z niego w
przedziwnych kombinacjach, z których Julia tylko się śmiała. Tamta kiecka ledwo
przykrywałaby jej tyłek, mówiła. On zaś twierdził, że jakaś by się jej
przydała.
- Raz na
jakiś czas możesz sobie zrobić dzień bez spodni – stwierdził przy którejś
propozycji.
- Mam zatem
chodzić w samych majtkach? – odcięła się. Zaciągnęła go do księgarni. Jęknął
zobaczywszy ilość regałów ciągnących się w nieskończoność.
Na szczęście
istniała tu strefa do czytania, postanowił, że na nią poczeka. Wypuściła się na
samotne łowy, pozostawiając Jamesa na pastwę biegających dzieciaków.
Postanowił, że nie będzie się z nimi męczył.
***
- Gdzie ty
byłeś, wszędzie cię szukałam – powiedziała Julia, gdy już stracił nadzieję na
to, że kiedykolwiek się wyłoni z odmętów księgarni. W dłoniach trzymała trzy
książki.
- Więcej nie
dało się wziąć? – rzucił niecierpliwie, czując ciężar pakunku w kieszeni
płaszcza.
- Cóż, mam
tylko dwie ręce. Niech to będzie twoje zadośćuczynienie.
Kasjer
rzucił Jamesowi zaciekawione spojrzenie, gdy płacił za książki Julii. Podziwiał
ją za to, że miała takie dobrze zdefiniowane zainteresowania. Książki, motyle,
nauka. Czy James mógł powiedzieć tak o sobie?
- Kiedy ty
znajdujesz czas na czytanie? – spytał James. – Wydajesz się być dość zajęta.
- Nie na
tyle, by nie wyjść z tobą na wystawę, której już nie ma. Albo do zamkniętego
obserwatorium.
- Odniosłem
wrażenie, że nie cierpisz zakupów.
- Bo
naprawdę ich nie cierpię. – Julia wzruszyła ramionami. – Jeśli jednak ma się
dobrego kompana, i to można jakość znieść. Tylko się nie rumień!
- Widać to
po mnie?
- Nie
spodziewałam się, że będziesz tak wstydliwy!
To było
zupełnie inne oblicze Julii, a także inne oblicze Jamesa. Przy niej nie mógł
się nudzić, wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Żałował, że nie poznali
się wcześniej. Gdyby nie dostrzegł jej w uczelnianej bibliotece, nadal musiałby
męczyć się z Larissą. Dzięki zawiązaniu koalicji z Julią czuł się pewniej i w
końcu miał kompana, który go rozumiał. Julia bezbłędnie posługiwała się
sarkazmem w odpowiedzi na jego własny. Gdy chciała, potrafiła być gadatliwa i
nawet błahe tematy brzmiały uczenie w jej ustach.
Całą drogę
powrotną przegadali, dywagując na temat Kai i tego, co mogło się jej urodzić w
głowie po przypadkowym spotkaniu w galerii. Razem doszli do wniosku, że Kai
może Julii pozazdrościć kompana, nawet jeśli byli tylko przyjaciółmi. James
miał nadzieję, że udało mu się przegnać choć tego jednego demona, który gnębił
myśli Julii.
Grace nie
była zadowolona, że zniknęli, nikomu nie powiedziawszy nawet słowa.
- Jesteśmy
dorośli, nie uważasz, że nie musimy ci się tłumaczyć z takich rzecz? – odciął
się James. Miał dość tego, że Grace starała się go ciągle kontrolować.
- Ale
zachowujecie się jak dzieciaki – powiedziała Grace, krzywiąc się lekko. – To
bardzo nieodpowiedzialne.
- Jak będę
szedł do toalety, też mam ci się spowiadać? A może będziesz mi układała plan
dnia?
- Nie
przyszło ci do głowy, że może się o ciebie martwiła? – spytała Julia, gdy
przeszli pierwszą bramkę kontrolną.
- Kto,
Grace? – James parsknął śmiechem. – Ona nie może znieść tego, że coś się dzieje
bez jej udziału. Ona uwielbia wszystkich kontrolować. I nie może wytrzymać
tego, że spędzamy razem czas. Sądziła, że będziesz tu tylko mieszkała i nie
zaangażujesz się w życie rodziny.
- Postrzega
mnie jako intruza?
- Ona tak,
reszta nie. Skoro Fifi i Fiora cię lubią, to moja babcia też cię lubi. To się rozumie
samo przez się. No i to właściwie mój ojciec złożył ci propozycję. Ja tylko
zaprosiłem cię na obiad.
- Żałujesz
tego?
- Ani
trochę.
Henry
Dashwood zaobserwował nową jakość stosunków między swoim synem a Julią. Grace
cichcem zwróciła mu na to uwagę, dodając, że powinni na nich uważać. Henry
śmiał się w duchu z naiwności Grace. James był zbyt uparty, by przejść do
porządku dziennego nad przeszłością i na pewno nie zamierzał się wikłać w nowe
związki. Julia natomiast ulepiona była z innej gliny. Miała w sobie wiele dumy,
która nie miała nic wspólnego z pochodzeniem. Twardo stąpała po ziemi i raczej
nie zakochiwała się w każdym mężczyźnie, który jest dla niej miły. Henry
cieszył się, że się zaprzyjaźnili. Jego syn potrzebował towarzystwa na
odpowiednim poziomie, by zmotywować go do jakichkolwiek starań.
- Może
opowiecie, co takiego robiliście przez cały dzień? – spytała zjadliwie Grace.
Ciekawość paliła ją w pięty.
-
Pojechaliśmy za miasto i całowaliśmy się na tylnym siedzeniu samochodu – odparł
James ze śmiertelną powagą.
Julia piła
właśnie wino z kieliszka, którym to się zakrztusiła. Henry musiał jej pomóc,
klepiąc czule w plecy. Lady Dashwood wyraziła swoją dezaprobatę, przewracając
ostentacyjnie oczami. Grace wyglądała na autentycznie wstrząśniętą. Larissy z
nimi nie było, miała dodatkowe zajęcia na akademii.
- O rany,
nie przypominam sobie, że robiliśmy coś takiego – sapnęła Julia, gdy już
doprowadziła się do porządku.
- Masz
doprawdy bardzo krótką pamięć – stwierdził James.
- Musiałeś
mnie zatem czymś odurzyć, bo zapamiętałam to zupełnie inaczej.
- O tak,
zwabiła cię obietnica książek.
- Rozgryzłeś
mnie.
Henry
obserwował tą wymianę zdań jak mecz tenisa, spoglądając raz w jedną, raz w
drugą stronę. Dawno nie widział swojego syna w tak dobrym humorze. Jeszcze
bardziej uderzył go strój Jamesa. Miał na sobie luźne spodnie dresowe i starą
wyciągniętą koszulkę z logo jakiegoś zespołu.
- Ale czy ci
się nie podobało? – ciągnął James, z trudem zachowując powagę. Mina Grace była
bezcenna.
- Było
całkiem znośnie – odparła Julia, po czym rzuciła w niego serwetką.
- Nie
musiałaś tego robić.
- Ty też
nie.
- A jednak
to zrobiłam. Co na to poradzisz?
- Masz
solidne braki w etykiecie. Musimy to nadrobić.
- Jak już
jesteśmy przy etykiecie… - wtrąciła Grace. – Julio, musisz nauczyć się
stosownego zachowania przy stole, bowiem w weekend będziemy mieli poważnych
gości. Przyjeżdża baron z rodziną.
- Julia na
pewno ma ważniejsze rzeczy do roboty – zauważył James. Przyjazd rodziny barona
oznaczał przyjazd jego wymoczkowatego syna, który był cokolwiek obleśny. James
wolałby, żeby nie zbliżał się do Julii.
- Mam
prelekcję w sobotę, nie wiem, jak długo będzie trwała – powiedziała Julia
speszona tym nieoficjalnym zaproszeniem.
- Niemniej,
byłoby mi miło, gdybyś mogła nam towarzyszyć – rzekł Henry. I choć nie czuła
się z tym dobrze, stwierdziła, że się postara. Dla swojego dobroczyńcy
zrobiłaby nawet to, byleby mu się odwdzięczyć.
- Nie musisz
tego robić, jeśli nie chcesz – stwierdził James, gdy przenieśli się do jej
pokoju. Podążał za nią niczym wierny pies.
- Nie
potrafię odmówić twojemu ojcu – powiedziała, przymykając za nim drzwi. Tym
samym pozwalała mu u siebie zostać.
- Co jeśli
poprosi cię o coś, czego nie będziesz mogła zrobić?
- Nie
zastanawiałam się jeszcze nad tym.
- Bo mi potrafisz
odmówić, prawda?
- Zwłaszcza
wtedy, gdy robisz z siebie kompletnego idiotę.
Julia
rzuciła się na łóżko na stertę ubrań, które zostały rzucone tam w wyniku
porannych przygotowań. W laboratorium mogła uchodzić za perfekcjonistkę,
natomiast poza nim była straszną bałaganiarą. Mówiła, że tylko geniusze
panowali nad chaosem. Rzeczywiście, tylko ona potrafiła się w tym odnaleźć.
- Grace na
pewno będzie chciała, byś ubrała sukienkę na sobotni obiadek – rzekł James,
siadając obok niej.
- W takim
razie ma pecha, bowiem nie posiadam żadnej sukienki – odparła Julia obojętnie.
- Mogliśmy
jakąś kupić dzisiaj.
- Nie
cierpię sukienek.
- To wiele
wyjaśnia. Spodziewaj się, że w takim razie Grace jakąś ci sprawi.
- I tak jej
nie założę.
- Musisz się
spóźnić.
- Nie cierpię
się spóźniać.
- Jules,
baron to nudny, pompatyczny dupek. Jego żona to gadatliwa małpa, natomiast syn
to wymoczek, który nie pozostawi żadnego kamienia nieodwróconego.
Julia
uniosła brwi, nie wiedząc, jak ma rozumieć tą prezentację. James chciał przez
to powiedzieć, że Trent, syn barona, był psem na baby i jeśli Julia odstawi się
na obiad, na pewno będzie czynił jakieś aluzje. Nie to, że miałby być o nią
zazdrosny. Pragnął oszczędzić jej wstydu, skoro bowiem nie potrafiła się
wyluzować w obecności Jamesa, będzie niesamowicie sztywna przy obcych ludziach.
- Mogłabyś
się zatem spóźnić, ominie cię najnudniejsza część związana z nawiązywaniem
znajomości.
- A jeśli
naprawdę chciałabym ich poznać?
- Wiesz mi,
nie chciałabyś. Poza tym po co ci inni ludzie, skoro masz mnie?
-
Skromniutki jak zwykle. – Julia uderzyła go lekko w ramię. Rozpakowała swoją
torbę z książkami, wraz z nimi na łóżko wypadło także płaskie czarne pudełko.
Zastygła na nim, zastanawiając się intensywnie, jak się tam znalazło.
Otworzyła je
i znalazła w nim oglądany wisiorek z motylim skrzydłem.
- Kosztował pięćset funtów – powiedziała,
podkreślając słowo: „pięćset”.
-
Drobnostka. Bardzo ci się podobał…
- Nie mogę
go przyjąć. To za dużo. To dużo za dużo.
- Jules,
skończ pierdolić.
- Ale książki…
- Też są
twoje. Jules, prezenty się przyjmuje bez marudzenia odnośnie ich wartości.
- Jesteś
pierwszą osobą, która coś mi daje. Ja nie dostaję nawet prezentów na urodziny
od własnych rodziców.
W jakiej
rodzinie wychowywała się Julia, skoro traktowano ją jak powietrze z
przeznaczeniem na przyszłą kurę domową. James coraz bardziej rozumiał, dlaczego
chciała uciec. Choć nie było to piękne życie, żyła na własnych zasadach i mogła
sama o sobie stanowić. W przeszłości była niedoceniana, dlatego nie znała swojej
wartości. Poznając ją, z każdym dniem przekonywał się, że jest wprost bezcenna.
Bezcenne były łzy szczęścia zbierające się w jej oczach, gdy zaskoczył ją tym
przypadkowym, miłym gestem.
Drżącymi
rękoma próbowała zapiąć łańcuszek, ale nic z tego nie wyszło. James pomógł jej,
po czym przegnał przed lustro, by się obejrzała.
- Do twarzy
ci w nim – powiedział szczerze.
- Czy mi się
wydaje, czy masz nieco krzywy nos? – odparła, odwracając od siebie jego uwagę.
- Wdałem się
kiedyś w bójkę. Nikt mi go nigdy nie nastawił, więc krzywo się zrósł. Dziwne,
jesteś pierwszą osobą, która to dostrzegła… Patrzysz nie tam, gdzie trzeba.
- Nauczyłam
się dostrzegać niedostrzegalne – powiedziała Julia enigmatycznie.
- Zatem nic
się przed tobą nie ukryje, prawda?
- Nie ma
sensu zatem niczego ukrywać, nie sądzisz?



Komentarze
Prześlij komentarz