CLX Julia
Mżyło, lecz
to nijak nie zniechęciło Julii do wyjścia na dwór. Od czasu, gdy lady Dashwood
pozwoliła jej wyprowadzić Fifi i Fiorę na spacer, robiła to codziennie. Pudlice
cieszyły się, bowiem rano miały mnóstwo energii do spożytkowania – w
przeciwieństwie do samej lady.
- Poranna
kawa w deszczu? – spytał lord Dashwood, drepcząc niepewnie po mokrym trawniku z
filiżanką kawy, która chybotała się niebezpiecznie na spodeczku.
- Każda kawa
jest dobra – odparła Julia, z wdzięcznością przyjmując kawę.
- Od dawna
nie miały tyle radochy – stwierdził Henry, spoglądając na hasające pudlice.
- Zdaje się,
że pan też od dawna jej nie miał – zaryzykowała stwierdzenie Julia, nim zdołała
ugryźć się w język.
- Szybko się
uczysz – odparł Henry.
- Czego?
-
Bezpośredniości. Szczerości. To dobrze, potrzeba jaj ze stali, by wytrzymać w
jednym domu z Grace i jej młodszą kopią. Wybacz za dosadne stwierdzenie.
- Do kogo
należy dom tak naprawdę? Czy to ze względu na lady Grace i Larissa się tak
panoszą?
- Gdy się
ożeniłem, matka przepisała dom na mnie. Niestety nadal posiada znaczną władzę,
a ja jestem najwidoczniej zbyt miękki, by się jej przeciwstawić.
- Jak długo
tak pan zdoła wytrzymać?
Henry
wzruszył ramionami.
- Kiedyś
zapewne znajdę moje stalowe jaja…
- Pan wcale
ich nie szuka – stwierdziła Julia, po czym pociągnęła łyk kawy, parząc sobie
język.
- Tak
myślisz?
- To wygodne
mieć w domu kogoś, kto wszystkim zarządza.
- Sam
wychowywałem syna.
- Grace nie
nadaje się na matkę kogokolwiek.
- Nigdy nie
sądziłem, by się mogła nadawać. Niemniej trzyma to wszystko w kupie.
- Stać pana
na coś lepszego. Dużo lepszego.
Henry
zamyślił się, jakby wiedział doskonale, że miała rację. Dlaczego ktoś taki jak
Henry Dashwood tak rażąco obniżył swoje osobiste wymagania?
W oknie
ujrzeli Grace dającą Henry’emu sygnały, żeby natychmiast wrócił do domu. Przez
chwilę udawali, że jej nie dostrzegają. Dobrze im się milczało razem. Poza
domem, bez widma Grace, mogli pozwolić sobie na pewną swobodę i odstępstwo od
sztywnej etykiety.
- Ty też się
ukrywasz – zauważył Henry. – Unikasz śniadań i przychodzisz na resztki do
kuchni.
- Według
Grace tam powinnam jadać.
- Tak ci
powiedziała?
- Nie
bezpośrednio. Czuję się niezręcznie, więc wolę sobie tego oszczędzić.
-
Zauważyłem, że dogadujesz się z Jamesem.
- Mniej
więcej. Założę się, że Grace zaraz wyśle George’a z parasolem. – Kobieta
zniknęła nagle z okna.
- Biedak ma
lepsze rzeczy do roboty.
Przewidywania
Julii spełniły się, bowiem George zmierzał w ich kierunku z rozłożonym
parasolem. Minę miał nietęgą, jakby przed wysłaniem go na ekspedycję Grace
urządziła mu karczemną awanturę. Musiała wszakże kogoś obwinić za to, że lord
wyszedł na deszcz bez odpowiedniego ekwipunku.
- Pani Grace
mówi, że się pan przeziębi – stęknął George, który pragnął być gdzieś indziej.
– Wyłuszczyła mi to dość dosadnie.
- Mam w domu
nawet własnego lekarza – zachichotał Henry i poszedł posłusznie do domu niczym
dziecko zawołane przez mamusię. Julii zrobiło się przykro, bowiem lord był
porządnym człowiekiem, z wiadomych powodów, i najzwyczajniej w świecie męczył
się z Grace.
- Nie wiem,
jak się z tego wytłumaczysz przed lady – rzuciła kobieta, gdy brudne pudlice
pobiegły na salony.
- Dobry
boże, to psy łowieckie – mruknęła lady Dashwood, wychynąwszy ze swojego pokoju.
– Od czasu do czasu muszą się ubrudzić.
- Psy to
psy, ale nie musiałaś ciągnąć Henry’ego w taki deszcz – ciągnęła Grace swoim
mentorskim tonem nauczycielki.
- Pragnę
zauważyć, że sam przyszedł i jeszcze przyniósł mi kawę. – Julia pokazała
spodeczek z filiżanką.
- W
bezcennej chińskiej zastawie!
Grace
rzuciła się na Julię i wyrwała jej porcelanę z rąk, boleśnie ją przy tym
drapiąc czerwonymi szponami.
- Skąd to
wzięłaś?
- Pan Henry
mi przyniósł – powiedziała Julia powoli, jakby miała do czynienia z osobą
niestabilną mentalnie.
- Dla ciebie
lord Dashwood! – Grace obróciła się i poszła, by zaopiekować się filiżanką.
Zachowywała się jak obrażona dziewczynka i na pewno była obrażona. Obca
dziewczyna pozwalała sobie na takie poufałości względem pana domu, no coś
takiego!
- Nie
przejmuj się nią, ona jest stuknięta – szepnęła lady, nim zniknęła u siebie.
Nie była jedyną osobą, która musiała ukrywać się przed Grace.
- Zdaje się,
że mój ojciec nie będzie jedyną osobą posmarkującą podczas kolacji – stwierdził
James, wszedłszy bez pukania po raz kolejny. Julia była w trakcie doprowadzania
się do porządku po porannym spacerze, bowiem ubranie miała całe przemoczone.
- Zamierzasz
do niego dołączyć? – odcięła się Julia, rozczesując włosy grzebieniem.
Zadziwiające było to jak łatwo się plątały. Trochę wody i już były nie do
opanowania.
- Idzie ci
coraz lepiej, Jules, jestem pod wrażeniem – zaśmiał się James.
- Będziesz
tak stał i się na mnie gapił?
- To byłoby
doprawdy fascynujące, ale nie. Pomyślałem sobie, że moglibyśmy gdzieś
wyskoczyć.
- Widziałeś
pogodę za oknem? Rozpadało się na dobre.
- Wiesz,
istnieją pewne rozrywki w budynkach.
Tam deszcz nie pada.
- Jakie
konkretnie rozrywki masz na myśli?
- W mieście
jest wystawa umarlaków.
- Wystawa
umarlaków? – Julia uniosła brwi. O czym on opowiadał?
- Wypreparowane
ludzkie ciała ukazujące różne struktury anatomiczne.
- Nie jestem
w nastroju na oglądanie trupów. Okropności…
- Czekaj,
jak to leciało? „Nigdy nie interesowało cię, z czego jesteś zbudowany? Jak
działa twoje serce? Jak to się dzieje, że czujesz ból, jak pracują twoje
mięśnie?”, to chyba twoje słowa.
Julia
zmarszczyła czoło. Owszem, to były jej słowa, lecz James najwidoczniej nie
rozumiał, że niekoniecznie musiała lubić przyglądanie się eksponatom, które
kiedyś były żywymi ludźmi, z rana po wypiciu zaledwie jednej filiżanki kawy.
„Wystawa umarlaków” brzmiała niezwykle zachęcająco w ustach Jamesa, kompletnego
biologicznego ignoranta, lecz doceniała jego starania.
Postanowiła
przezwyciężyć niechęć do robienia czegokolwiek w tym dniu i obiecała, że się z
nim wybierze na wystawę, gdy tylko znajdzie coś, co nadawałoby się do ubrania z
okazji przebywania w miejscu publicznym.
- Nadal
uważam, że twoja garderoba jest zbyt skromna – rzekł James, gdy byli już gotowi
do wyjścia.
- Odczep się
od niej, albo wezmę to twoje „skromna” i wsadzę ci w tyłek – burknęła Julia.
- Za mało
kiecek…
- Jesteś
coraz bliżej tej wiekopomnej chwili…
- Za dużo
wyciągniętych swetrów.
- Jeszcze
bliżej…
- Nie jesteś
stosem ziemniaków, by ubierać się w worki.
Oczy Julii
zrobiły się wilgotne od łez.
- To
najpiękniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam – powiedziała głosem
podszytym kpiną. – Gdzie jest George?
- Będziemy
się za bardzo wyróżniali, jeśli podwiezie nas osobisty kierowca. Ja poprowadzę.
- Tak, bo w
ten sposób nie będziemy się wcale wyróżniali – westchnęła Julia, wsiadając do
srebrnego Astona Martina.
Julia nigdy
nie czuła się klaustrofobicznie przytłoczona w obecności Jamesa w niewielkiej
przestrzeni samochodu. Nie wtedy, gdy prowadził poczciwy George. Mężczyzna był uważny
i spokojny na drodze. James był jego zupełnym przeciwieństwem. Ledwie odpalił
samochód, a silnik zgasł. Julia musiała powstrzymać parsknięcie. Chyba nie
jeździł zbyt często. Niemniej miał nad nią tą przewagę, że posiadał prawo
jazdy, a przynajmniej wierzyła, że zaopatrzył się w dokument uprawniający do
prowadzenia pojazdów.
James był
chaotyczny, jakby skupienie się na kilku lusterkach, przedniej szybie,
kierunkowskazach i skrzyni biegów nieco go przerastało. Klął przy tym
niemiłosiernie. Na korki, dziadka zbyt wolno idącego przez pasy, stanowczo za
długi pobyt na światłach. Używał przy tym słów, o które Julia nigdy by go nie
posądziła. Raz musiał gwałtownie zahamować, by nie wjechać komuś w tyłek.
- Widziałaś
go? Widziałaś tego pawiana?! – krzyknął James, ignorując fakt, że Julia musiała
wbijać paznokcie w siedzenie.
Dziękowała
pradawnym bogom, gdy dotarli na miejsce. Niestety okazało się, że wystawa
została zakończona. Tak bardzo chciał podzielić zainteresowania Julii, że
podniecił się starą gazetą. Spóźnili się zaledwie o jeden dzień. James wyglądał
na niepocieszonego. Cała ta droga krzyżowa na nic.
- Zaparkował
pan w niedozwolonym miejscu – zauważył policjant. Zawsze znajdowali się, gdy
ktoś źle parkował, ale gdy młoda dziewczyna była zaczepiana przez trzech
zboków, żaden nie wyskakiwał ze śmietnika.
- Najmocniej
przepraszam – warknął James przez zaciśnięte zęby.
- Będę
zmuszony wypisać panu mandat.
- Zmuszony?
– James szczerze powątpiewał, czy był to dla niego przykry obowiązek. Policjant
uśmiechnął się z politowaniem.
- No chyba
że spożytkuje pan pieniądze na mandat w inny sposób – zaproponował.
- Niby w
jaki sposób…?
- Nie bądź
obelżywy – mruknęła półgębkiem Julia.
- Niech pan
kupi coś ładnego swojej dziewczynie.
- Ona nie…
- A więc
wolisz zapłacić mandat? – syknęła Julia, próbując pomóc Jamesowi wybrnąć z
sytuacji.
- Ja nie… -
James westchnął przeciągle. Po chwili rozpromienił się, jakby zrozumiał, że
musi zagrać w tą grę, by ocalić swoje dobre imię. – Dobrze, niech tak będzie.
- Taka
dziewczyna zasługuje na najlepsze – powiedział policjant, po czym odszedł,
jakby nic się nie stało.
Julia była
zażenowana tym stwierdzeniem. Taka dziewczyna, czyli jaka? Jaka właściwie była?
I dlaczego ktokolwiek ośmielił się połączyć ją romantyczną nicią z Jamesem?
- Dzięki,
uratowałaś mój honor – sarknął James, wsiadając do samochodu. Wolał jak
najszybciej ulotnić się z miejsca zbrodni.
- Musisz mi
się teraz odwdzięczyć – odparła Julia z krzywym uśmiechem.
- Myślałem,
że to tylko taki blef… Dokąd zatem chcemy się udać? Do obserwatorium w
Greenwich?
- Chwilowo w
remoncie – odparła Julia, żałując, że w ogóle zgodziła się na tą ekspedycję. –
W zasadzie moglibyśmy już wrócić…
- Chodźmy
gdzieś, gdzie są książki.
- Chcesz iść
do biblioteki? Oryginalne…
Skończyło
się jednak na tym, czego Julia okropnie nienawidziła. Wszelkie spędy ludności
były jej niemiłe, a już najmniej takie odbywające się w galeriach handlowych.
Rozwrzeszczane dzieciaki, wypacykowane gwiazdy Instagrama na polowaniu na
stylowe ciuchy, tatusiowie odpoczywający na ławeczkach i dziadki narzekające na
absolutnie wszystko. Julia nie lubiła oglądać swojego odbicia w witrynach
sklepowych, a ciągły szum ludzi, muzyki i zapewne jeszcze jakiejś ukrytej
fontanny przyprawiały ją o ból głowy. Chodzenie po galeriach było najgorszym
rodzajem chodzenia.
Julia
domyśliła się prawdziwych powodów decyzji Jamesa o obraniu tego konkretnego
kierunku. Miało to wiele wspólnego z ziemniakami i racjonalną ilością ubrań,
które znajdowały się w jej posiadaniu. Za chwilę wciągnie ją do jakiegoś sklepu
i zacznie rzucać propozycjami.
- Nie
wydajesz się być szczególnie uradowana – zachichotał James, widząc skwaszoną
minę Julii.
- Zanotuj to
sobie na wielkiej liście rzeczy, których nie lubię – odparła. – Zakupy,
galerie, ludzie.
- Jestem człowiekiem,
co implikuje…
- Ludzie w
liczbie mnogiej, w skupiskach więcej niż pięć osób. Nie łap mnie za słówka.
- Czyżbym
mógł złapać cię za coś innego?
Skuliła się
lekko, gdy ujrzała znajome twarze, taki mały był ten świat.
- Czyż to
nie nasza szara Middleton? – wykrzyknęła blondynka z nieprzyzwoitą ilością
podkładu na twarzy. Starała się nim zakryć swój trądzik. W rezultacie wyglądała
jak batonik orzechowy oblany białą czekoladą. – Znalazłaś sobie już jakieś
koleżanki? Naprawdę nie sądziłam, że uda ci się wyrwać z tej wioski.
Kai zawsze
uważała, że Julia pozostanie w rodzinnej miejscowości i pozostanie dziewczyną
ganiającą za motylami w przerwach między dojeniem krów, a pieleniem ogródka.
- Do tego
nie trzeba jakichś szczególnych zdolności – odparła Julia. Patrząc na ciebie,
dodała w myślach.
- Nie
widywałam cię na żadnych imprezach. To aż niemożliwe!
Życie Kai
musiało być pasmem szalonych rozrywek, skoro liczyła na przypadkowe spotkanie w
którymś z londyńskich klubów.
- No
opowiedz, co u ciebie słychać! To aż cud, że spotykam cię tutaj!
Kai
wiedziała, że Julia nie lubiła zakupów.
- A ten to
kto? – spytała Kai obcesowo, wskazując nieprzystojnie palcem na Jamesa.
Nastąpiła dłuższa chwila niezręczności.
- James
Dashwood – rzekł James, gdy Julia nie potrafiła wydobyć z siebie czegoś
sensownego. Nie potrafiła zdefiniować relacji łączącej ją z Jamesem. – Syn
lorda Dashwooda.
- Och… -
zmieszała się Kai. Każdemu kiedyś obiło się o uszy to nazwisko. Wiązało się z
silną prawniczą pozycją i piękną posiadłością. – Jesteście razem?
- W pewnym
sensie tak – powiedział James, posyłając swój firmowy uśmiech numer dwa, od
którego miękły kolana. Julia zaczerwieniła się ze wstydu. Będąc naturalnie
bladą, wszelkie wykwity na twarzy były podwójnie widoczne. – Nie chcemy cię zatrzymywać,
na pewno masz wiele spraw do załatwienia.
James puścił
do niej oko, chwycił Julię za rękę i beztrosko odszedł od Kai, pozostawiając ją
z rozdziawionymi ustami.

Komentarze
Prześlij komentarz