CLXII Jonathan

Suchość w ustach przypomniała mu, dlaczego nie lubił popijaw w chłopakami. Nie był już taki młody, jego metabolizm nie był taki sam jak za studenckich czasów. Posłuchał zatem rady przypadkowej dziewczyny z internetu i wypił duszkiem pół butelki wody. Nie było to najprzyjemniejsze doznanie. Musiał jednak szybko doprowadzić się do porządku, bowiem nie mógł wyglądać w pracy jak wyjęty psu z gardła.
              
Nora wskoczyła na łóżko i zamruczała przyjaźnie. „Nie śpisz już?”, zdawała się mówić.
- Zaraz zjemy sobie pyszne śniadanko, wypijemy kawę i będziemy jak nowonarodzeni, prawda? – rzucił Jonathan do kotki.
              
Wyskoczył z łóżka i wziął szybki, zimny prysznic. Zaparzył herbatę i nałożył śniadanie Norze. Zerknął na telefon, czy tymczasem po pijaku nie wyznał Briggs, że ją kocha. Na szczęście spał jak kamyczek i do niczego takiego nie doszło. Nie otrzymał też żadnych nowych wiadomości od dziewczyny z internetu. Czego się w ogóle spodziewał?
              
Szybki marsz po deszczowym Londynie zmył z niego resztki kaca. Dotarł do szpitala rześki ja poranek, choć dochodziło południe. Był gotów postawić dziesięć funtów, że Mark właśnie umierał, a Bart obiecywał sobie, że już nie będzie pił. Jonathan zawsze lepiej od nich znosił alkohol, czego mu zazdrościli. Po ostrym chlaniu potrafił pojawić się na egzaminie i zagiąć wykładowcę na jego koniku.

- Doktorze… - zaczął Jerome Atkins, ledwie podszedł do dyżurki pielęgniarek. Siostra Amy podsunęła mu kilka dokumentów, które wymagały jego podpisu.
- Nie mów do mnie z rana – burknął Jonathan nieprzyjaznym tonem.
- Jest dwunasta… - ośmielił się zauważyć Atkins.
- Gratulacje, potrafisz korzystać z zegarka – sarknął Cavendish. Skinął głową Melissie Thompson. Siostra Claire wręczyła ordynatorowi korespondencję. – Masz dla mnie coś ważnego?
- Pacjent spod trójki…
- To książkowy przypadek. Nie rozumiem, w czym problem… Zawsze możesz poprosić doktor Thompson o pomoc.
              
Jerome zjeżył się i posłusznie pognał do trójki, by zmierzyć się ze swoim książkowym przypadkiem. Jonathan wsadził sobie listy pod pachę i podreptał do swojego gabinetu. Dziś nie miał ochoty na obcowanie z pacjentami, postanowił zatem zrobić sobie dzień organizacyjny. Dokumentacja wymagała uporządkowania.
              
Nie mógł się jednak skupić i co chwila sprawdzał, czy nie ma jakichś nowych wiadomości od dziewczyny ze strunami ścięgnistymi. Aplikacja jednak milczała. Cóż, każdy ma swoje życie. Naskrobał coś szybciutko, zdążył schować telefon do kieszeni fartucha w samą porę. Siostra Bradshaw zakłóciła jego spokój.

- Przyjechała karetka – oznajmiła grobowym głosem. Miała sińce pod oczami i wyglądała na niewyspaną. – Wypadek, dwoje poszkodowanych. Doktor Elssler zajmuje się już pierwszym.
- Co z doktor Thompson? – spytał Jonathan. Nie miał zamiaru babrać się w krwi i mamrotaniu poszkodowanych.
- Kończy obchód.
- Doktor Miles?
- Jeszcze nie dotarła.
- Jak to nie dotarła?
              
Cavendish zagotował się w środku, na zewnątrz pozostając cudownie obojętnym. Dlaczego Sophie nie dotarła jeszcze do pracy? Powinna być od rana i robić obchód razem z Thompson. Czuł, że musi sobie poważnie z nią porozmawiać. Emma spojrzała na niego oczekująco. Jonathan westchnął ciężko i porzucił swoje dokumenty.
              
Poszkodowani nie wyglądali najgorzej, Jonathan nie rozumiał, o co było tyle krzyku. Najwięcej szumu robiła jakaś kobieta, która nie zgadzała się na przetoczenie krwi pacjentowi, z którego jeszcze niedawno lało się jak z sita. Wspaniale, pomyślał, Jehowcy na sam początek dnia.
- Pacjent stracił dużo krwi – powiedział Elssler, wręczając Jonathanowi kartę. – Niestety żona nie zgadza się na przetoczenie.
- A ten drugi?
- Uraz kręgosłupa szyjnego. Jeszcze nie wiem, jak rozległy. Rezonans jest przytkany, więc na razie zajmujemy się pomniejszymi obrażeniami.
- Co to znaczy, że rezonans jest przytkany? Potrzebuję go na wczoraj…
- Powiedziano mi, że mam poczekać w kolejce.
- Pierdolenie o Szopenie – mruknął Jonathan pod nosem. – Połącz mnie z radiologią – rzucił do Amy.
              
Nastąpiła krótka wymiana zdań. W zasadzie wystarczyło, by Jonathan się przedstawił, powiedział, że ma pacjenta i nagle wszystkie drzwi stały otworem. Lars aż otworzył usta ze zdumienia. Nazwisko Cavendish znane było na innych oddziałach, zresztą dość często korzystał z usług radiologii. Wiedzieli tam już, jaką osobą był Jonathan. Lepiej było go nie denerwować.

- Rezonans, badania krwi, szybciutko, zanim odwołam alarm! – rozkazał Jonathan, w duchu śmiejąc się z Larsa. Lekarz jeszcze nie do końca wiedział, z kim ma do czynienia.
- Pani Smithson upiera się, że nie wyrazi zgody – powiedziała Emma, prowadząc Cavendisha do gabinetu zabiegowego.
- Pani Smithson może mnie pocałować w tyłek – odparł.

Pani Smithson okazała się być chuda jak tykwa i wyglądała nieco jak kościotrup. Jej mąż, poczciwy pączuszek, był cieniem samego siebie. Claire zajmowała się opatrywaniem drobnych zadrapań. Na metalowej tacce leżał zakrwawiony kawałek szkła, który musiał uszkodzić naczynie krwionośne, w wyniku czego doszło do rozległego krwotoku. Elssler zdążył już wszystko zabezpieczyć. Pan Smithson stracił jednak stanowczo dużo krwi.
- Nie wyrażam zgody na transfuzję – powiedziała pani Smithson, ledwie Jonathan przekroczył próg gabinetu.
- Wow, ja nazywam się Jonathan Cavendish i obejrzę pani męża – odparł, po czym wciągnął na dłonie czarne rękawiczki nitrylowe.
              
Osłuchał dokładnie pacjenta, zmierzył ciśnienie, puls i zajrzał biedakowi w oczy, w których kryła się prośba o pomoc.
- Ciśnienie za niskie, częstoskurcz… Jak się pan czuje?
- Szczerze powiedziawszy, nie najlepiej – westchnął mężczyzna, po czym skulił się, gdy napotkał gromiące spojrzenie żony. – Jestem tylko zmęczony… tym wszystkim.
              
Jonathan przyjrzał się zszytej ranie. Musiał pochwalić Elsslera za wspaniały szew.
- Ustaliliśmy już grupę krwi? – rzucił do Emmy.
- Powiedziałam panu, że nie wyrażam na to zgody – syknęła pani Smithson.
- Ależ ja nie potrzebuję pani zgody – rzekł Jonathan słodkim głosem. – Pan Smithson jest dorosły i może sam o sobie stanowić. To jak będzie?
- Moja religia mi na to nie pozwala – powiedział jegomość.
- A co to za religia?
- Jesteśmy Świadkami Jehowy.
- To żadna religia, ale sekta. Nieważne, pana zgody też nie potrzebuję. Muszę wdrożyć odpowiednie środki, bo inaczej pana żona mnie pozwie, jak mi tu pan zejdzie. Ochrona panią wyprowadzi.
              
Rozpętało się piekło. Kobieta krzyczała, co nie robiło na Jonathanie najmniejszego wrażenia. Mężczyzna gorączkowo coś tłumaczył, zapewne chodziło o tajniki jego „religii”. Skąd brali się tacy ludzie? Wyszedł bez słowa, zostawiając Bradshaw samą z tym cyrkiem.
- Jeszcze raz pani tłumaczę, że zadzwoniła pani pod zły numer – jęczała Amy do słuchawki. – Doktor Hamilton pracuje na innym oddziale…
- Dość pogaduszek – powiedział Cavendish, stukając niecierpliwie palcami w blat. – Grupa krwi pana Smithsona. To mnie interesuje.
              
Amy spojrzała na niego, jakby ją skrzyczał za coś, czego nie zrobiła. Na pomoc przyszła jej siostra Bradshaw. Oznajmiła, że zaraz ściągnie odpowiednią krew z banku.
- Tamta pacjentka ma coś z oczami. – Wskazała palcem na starszą kobietę wystającą pod filarem, bowiem wszelkie inne miejsca siedzące były zajęte.
- Sprowadźcie Marsjanina, w sensie Arthura Liptona z okulistyki. On lubi starsze panie…
              
Wepchnął nadchodzącemu Atkinsowi kilka kart, by młody się nie nudził. Chwilę później z gabinetu zabiegowego dobiegły go krzyki. Wedle jego przewidywań pan Smithson zemdlał.
- Wiesz, co robić – rzucił do Bradshaw, po czym poszedł na kawę. Może nie powinien zostawiać oddziału w takim stanie. Zamierzał jednak skorzystać z rady Marka, nie zamierzał się szczególnie przepracowywać. Od tego byli inni ludzie.

***

Susan Hampton zamęczała pielęgniarkę z oddziału ortopedycznego szczegółami wizyty swojej córki. Jedyne, co zrozumiała z tego wywodu to to, że była bardzo niezadowolona z przebiegu wizyty.
- No bo ona wczoraj była u tego lekarza medycyny Louisa Hamiltona, Hamilton, chirurg… Dobra! Nie będę tu dużo tłumaczyła. Ona dostała takie pismo, bo ona już wróciła do Francji, wie pani… Ja podałam nazwisko Hampton, tak? Ona podała…
              
Pielęgniarka zerknęła do systemu, lecz nie miała nikogo takiego. Skoro córka szanownej pani była wczoraj, to mogła ją znaleźć w rejestrze. Widniała tam jako Alex Campton.
- Zostało podane nazwisko Campton – powiedziała dumna z siebie, że odnalazła pacjentkę. Nie wiedziała jeszcze, że wywoła to prawdziwą burzę.
- Hampton! – ryknęła kobieta. – Przez H jak halabarda! A tu wszystko… Wie pani co? Mi się wydaje, że tu jest coś nie ten-tego… Widzi pani? Tu jest C-A-M-P-T-O-N, CAMPTON, a ona jest przecież Hampton.
              
Susan wymachiwała pogniecionym papierkiem, więc pielęgniarka nie mogła przeczytać tego, co napisał lekarz.
- Nie rozumiem, w jaki sposób doszło do pomyłki. Pacjent przed wizytą musi się wylegitymować…
- To proszę panią, jeśli braliście dowód i tego, pani mnie słucha, co ten lekarz jej potem napisał, tego… Stan po urazie palca trzeciej ręki prawej.
              
Susan zrobiła dramatyczną pauzę, by sens słów opadł na pielęgniarkę.
- Jak pani to rozumie? Trzeciej ręki prawej, przecież ona ma dwie ręce! Jedną rękę prawą!
              
Doktor Wilkinson wychylił się ze swojego gabinetu. Zlustrował Susan rozbawionym spojrzeniem, po czym zniknął. Na wszelki wypadek zostawił lekko uchylone drzwi.
- Ja rozumiem…
- Stan po urazie palca trzeciej ręki prawej. No dalej nie będę czytała, bo pani rozumie to. Człowiek ma tylko jedną rękę prawą.
- Ja wiem… - Pielęgniarka była zrozpaczona. Pracowała na oddziale od niedawna. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc.
- Ale, zaraz. Stan po urazie palca trzeciej, pisze trzy normalne, ręki prawej.
              
Susan wsadziła nos w wypis z wizyty. Musiała nałożyć swoje okulary w rogowej oprawce z tym śmiesznym łańcuszkiem, by ich tymczasem nie zgubiła, gdy ześlizgną się z jej nosa.
- Ale tam ma pani słownie t-t-tej trzeciej? – Pielęgniarka zaczęła się lekko jąkać. Dopadało ją to, gdy mocno się stresowała.
- Proszę panią, stan po urazie palca trzy, trzy jak... Nie że trzy, takie... Ty, er zet, trzy, tylko „trzy” ręki prawej.
- Może chodzi o…
- Przecież ona ma jedną rękę prawą. No jedną ma rękę.
- Palec trzeci – podpowiedziała je pielęgniarka. – No, palec trzeci…
- Nie, nie, nie! – kobieta się zacietrzewiła. – Stan po urazie palca trzeciej ręki prawej. Trzeciej ręki ona nie ma! Ona ma jedną rękę prawą!
              
Pielęgniarka straciła nadzieję na to, że rozmawia z inteligentną formą życia.
- Dobrze, co ja mam z tym zrobić, gdy mi pani to już wytłumaczyła…?
- No to kto tu pracuje w końcu? Jak można... Stan po urazie palca i trzy, takieee, trzy! Wie pani, trzy takie dwa brzuszki, jakby dopisać z prawej, z lewej, to by była ósemka. Trzeciej ręki prawej. Nie pisze palca, nic, tylko trzeciej ręki prawej.
- No ale…
- I tu jest nazwisko, w ogóle… Ja nie wiem… Ona zapłaciła za wizytę, pojechałyśmy tam, bo jesteśmy z Ipswich, wie pani, gdzie to, co nie? Ten pan doktór oferuje konsultacje, no dobrze… Proszę o badanie RTG palca trzeciego, to tu jest dobrze, a, no… Ta, ale tego nie rozumiem! Stan po urazie – bo ma uraz palca – trzeciej ręki prawej. No bo nie ma trzech rąk.
              
Biedna dziewczyna nie miała sposobności w ogóle przeczytać wypisu z wizyty, bowiem Susan wymachiwała nim jak opętana. Rzuciła błagalne spojrzenie doktorowi Hollandowi, który opuścił właśnie salę operacyjną. Na głowie miał jeden ze swoich kolorowych czepków. Dzisiejszy motyw przewidywał kotki.
- Ale... Ale no... Proszę mi teraz powiedzieć, co ja mam w związku z tym zrobić? – stęknęła pielęgniarka.
- Jeszcze raz, głośniej pani do mnie mówi, bo ja jestem głucha – odparła Susan.

Doktor Holland uśmiechnął się krzywo i został wciągnięty do gabinetu Wilkinsona. Pielęgniarka usłyszała tylko: „Skiśniesz jak ogórek!”.
- Aaaeeeee, czego pani oczekuje w związku z tym, tak? Przeczytała mi pani to, co tam lekarz napisał...
- No, proszę paniom! – Susan zaczynała mówić niczym kobieta z małej mieściny. – Jechaliśmy, tu taki doktor Hamilton jakiś ją tu przyjął. Myśmy z Ipswich jechali, wie pani, my w Ipswich mieszkamy… To jest dokument, to nie jest dobre! Gdzie ja mam z tym iść? Jak przyjedzie… Ona była tak zła, ją tak ten palec boli, że… Fakt, że może to jest badanie tego, ale ten pan… Pani to przepisała: „Stan po urazie palca trzeciej ręki prawej”.
- Proszę pani, to napisał lekarz. Jeśli były panie niezadowolone…
- Proszę paniom, to jest trzeciego palca ręki prawej jakoś napisać, ale nie trzeciego...
- Ale mnie pani tego nie musi tłumaczyć, to lekarz…

- Ale ja muszę pani to tłumaczyć, bo ja mam teraz dokument, dziewczyna chce leczyć palec, bo ją boli, bardzo ją boli. Pojechałyśmy tyle kilometrów z Ipswich do Londynu, czekałyśmy, bo lekarz miał godzinę opóźnienia i wypisał jej, że ma palec trzeciej ręki prawej.Ja to rozumie, że ona ma trzecią rękę i lewy pa... Stan po urazie palca trzeciej ręki. Trzeciej ręki ma... yyy... chorego palca. A ona ma dwie ręce! I chory palec. To piszcie, myślcie, co mówicie, bo to to wszystko później... Proszę paniom, nie chcę być złośliwa, ale to... Ona przyjechała z Norwegii z Oslo i ona pojechała specjalnie, wydzwaniała do państwa i to jest nieporozumienie jakieś...
- Jejku, wszelkie pretensje powinna pani zgłosić do lekarza, który pani ten dokument wydał.
- Ale pani to jej wydała z komputera! Pani to czytała, co ten lekarz napisał. To ona była w gabinecie i ten lekarz wam przekazuje komputerowo jakoś internetowo... No, no nie wiem jak to się nazywa...
- Ale on to pisze w systemie i tego nikt nie może zmienić. To zatwierdza lekarz i ona może to tylko wydrukować.
              
Pielęgniarka Joy miała radosne imię, ale w tym momencie nie należała do najradośniejszych.
- Stan po urazie palca trzeciej ręki…
              
Joy poczerwieniała na twarzy, a łzy zatańczyły jej w oczach.
- No ale to kiedy to zostało zauważone, że to jest błędnie napisane?
              
Jak to możliwe, że to była taka straszna droga z Ipswich do Londynu, gdy na drugi dzień pojawia się w tym samym miejscu i zamęcza Joy swoją mantrą?
- Wczoraj! Wróciłyśmy o dwudziestej czwartej z Londynu i ja dzisiaj, ona pojechała dzisiaj, nie? Bo ona przyjechała specjalnie. Powiedział jej, że ten... A jeszcze jej napisał, że ten... trzeci palec ręki prawej… trzeciej ręki… trzeci... Kurwa, stan po urazie palca trzeciej ręki prawej. To ona nie ma trzech rąk, ona ma dwie ręce! To nie rozumiem, jak jest napisane, to dla mnie to jest nielogiczne. Nie chciał jej przyjąć, w ogóle, nie chciał... Znaczy przyjął ją, bardzo elegancko, przepraszam, nie? Ale nie chciał z nią rozmawiać, ma się... Ale to, co napisane tu jest, bo ona pojechała dzisiaj... Stan po urazie palca trzeciej ręki…  prawej. Ja rozumie, że ona ma trzecią rękę pra...
- W kółko wa-wa-wałkujemy to samo… - Joy znów się jąkała. – Proszę mi powiedzieć, czego pani ode mnie oczekuje w tym momencie.
              
Co właściwie mogła zrobić biedna Joy? Przede wszystkim chciała się teleportować na Bahamy, a przynajmniej do sąsiedniego pomieszczenia. Wparowanie do toalety okupowanej przez ordynatora nie byłoby aż tak poniżające i zawstydzające jak cała sytuacja z Susan.
- Ale co ja mam pani wyjaśnić?! Ja tylko do pani dzwonię, bo ja jestem jako głupia, ja jestem bez zawodówki nawet. Tylko czytam. Nazwisko jest źle napisane, lat dobrze. Ona nie jest Campton tylko Hampton. Wszystko tu jest… I stan po urazie palca trzeciej ręki. prawej. Ale ona ma dwie ręce. Jedną prawą, drugą lewą. Nic z tego nie rozumiem… I gdzie teraz z tym iść?
- No to ewentualnie… - Oblicze Joy się rozjaśniło, gdy ujrzała doktora Hamiltona. On jednak bez słowa przemknął i zniknął w windzie. Joy oklapła.
- No bo jeżeli ona dzwoniła z Norwegii, tam się umawiała, opowiadali jej inne rzeczy, załamana jedzie, głowicą, a to źle miała w Ipswich, ale ten pan ją... Ona była tak zła. Jeszcze on napisał... Ja nie wiem, czy ona to dokładnie przeczytała, bo myśmy wróciły o drugiej w domu w nocy, a ona o ósmej już musiała jechać. Nazwisko źle... Stan po urazie palca trzeciej ręki prawej, kurwa nie, ale jaja... Wie pani, to mówią na tych lekarzy, za dużo pracują, nie? Za dużo... Za dużo. No niech mi pani to powie... Ja jestem jej matką, Susan Hampton się nazywam. Czytam to. Nazwisko źle. Alex bez błędu, bo... Słyszy mnie pani?
              
Joy niemal mdlała na nogach. Z otępienia wyrwał ją dźwięk telefonu. Doktor Wilkinson prosił ją do gabinetu. Miała przemożną ochotę ucałować go za ten jego ciepły głos wybawiający ją z opresji.
- Szanowna pani – powiedział Mark, biorąc na siebie ciężar wyrzutów Susan Hampton z Ipswich. – Proponuję, by porozmawiała pani bezpośrednio z doktorem Hamiltonem. Opuścił oddział, ale wiem, gdzie go pani znajdzie…


Komentarze

Popularne posty