CLXIII Sophie
Tabletki
zagrzechotały kojąco, gdy wysypała kilka na dłoń. Popiła je szybko wodą, gdy do
szatni wpadła Emma z rozwianymi włosami.
- Nie wiem,
jak długo dam radę cię kryć – powiedziała z przestrachem. – Cavendish poszedł
na kawę, a oddział płonie. Pytał o ciebie.
- Nie będzie
zadowolony ze stanu, w jakim się znajduję – mruknęła Sophie sennym głosem.
Czuła się, jakby ktoś rozjechał ją czołgiem.
- Nie będzie
zadowolony, jeśli w ogóle się nie pojawisz… Wiem, że to dla ciebie trudne…
- Mówisz, że
oddział płonie? Może na chwilę uda mi się zapomnieć…
Myśli o
Willu nie pozwalały jej spać po nocy, dlatego czuła się nieciekawie. Gdy czuła
się nieciekawie i była osłabiona, atakowały ją myśli o Willu. I tak w kółko.
Cały czas wmawiano jej, że nic tak naprawdę ich nie łączyło, dlaczego zatem tak
za nim tęskniła?
Wyszła z
szatni i natknęła się na Larsa Elsslera. Jednodniowy zarost sprawiał, że
wyglądał na bardziej zmęczonego, niż był.
- Przydałaby
się mała pomoc – powiedział, powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś
niemiłego. Sophie była w stanie zrozumieć jego irytację. – Cavendish poszedł na
kawę, a ja potrzebuję natychmiastowej konsultacji.
- Co z
doktor Thompson? – spytała Sophie. Lars parsknął. Zatem to prawda, że on i
Melissa mieli ze sobą na pieńku. – Atkins?
- Bardzo cię
proszę, potrzebuję fachowca – stęknął Elssler.
- Zdawało mi
się, że znajduję się na samym dole oddziałowej hierarchii…
- Pomożesz
mi czy nie?
Sophie
zaskoczył ten przeskok z formy oficjalnej na „ty”. Skoro doktora Cavendisha nie
było w pobliżu, to chyba nic się nie stanie, jeśli pomoże Elsslerowi. Emma
klepnęła ją w ramię, życząc jej tym samym powodzenia.
- Pożoga
została opanowana – oznajmił dumnie Lars, czując się w obowiązku, zastępować
doktora Cavendisha, gdy ten relaksował się na kawie.
- Mieliście
wypadek?
- Ominęły
cię najlepsze rzeczy. Co cię zatrzymało w szatni? Już dawno powinnaś być na
oddziale…
- Nie
najlepiej się dziś czuję – odparła Sophie wymijająco. – W czym zatem
potrzebujesz pomocy?
Lars pokazał
jej obraz z rezonansu magnetycznego jednej z ofiar wypadku samochodowego. Obawiał
się, czy nie doszło do jakichś poważniejszych obrażeń, bowiem szyja odbiegała
nieco od tradycyjnego obrazu.
- To tylko
tak zwane smagnięcie biczem – stwierdziła Sophie, obejrzawszy uważnie skan. –
Nie widzę uszkodzenia rdzenia. Pacjenta będzie bolała szyja, więc najpewniej
konieczna będzie odpowiednia fizjoterapia. Zostaje na noc?
- Wiesz, to
był wypadek i mimo wszystko wolałbym go zostawić na obserwacji.
- Cóż, to
twój pacjent…
Elssler był
chirurgiem specjalizującym się w obszarze jamy brzusznej, dlatego nie czuł się
pewnie, jeśli chodziło o kwestie kręgosłupa, mimo że obraz rezonansu był dość
jednoznaczny.
- Zobaczymy,
czy będą jakieś powikłania – powiedziała dobrodusznie, pragnąc jednocześnie
zatuszować niedawny incydent z „pierdolcem”. – W razie czego zlecimy dalszą
diagnostykę.
I tak
biedaczyna stał się ich wspólnym pacjentem. Melissa Thompson zmierzyła ich
pogardliwym spojrzeniem, jakby uważała ich za gorszych lekarzy. Atkins udawał
wiecznie zabieganego, choć miał najmniej do roboty. Zwykłe sprawy zajmowały mu
stanowczo za wiele czasu. Sophie wiedziała dlaczego. Banalne złożenie wenflonu
przyprawiało go o mdłości, a czasem trzeba było to zrobić samemu, jeśli pod
ręką nie było pielęgniarki.
- Patrzcie,
kto to nas nawiedził – sarknął Jonathan Cavendish. Wyglądał na wyluzowanego, w
końcu zrobił sobie długą przerwę na kawę. – Pani doktor się aby nie
przepracowuje?
Sophie
przewróciła oczami, co miało oznaczać: „Bardzo śmieszne”.
- Może
potrzebuje lampki szampana, żeby nie osiadła na laurach? A może frytki do tego?
- Doktorze,
mógłby być pan milszy… - wtrąciła Emma, lecz to tylko rozjuszyło Cavendisha.
- Będę miły,
jeśli szanowna pani doktor weźmie się łaskawie do roboty. Nie za bardzo
widziałem, by się napracowała.
- Nie czuje
się dziś…
- Najlepiej?
Ledwo rozpoczęła pracę i już chce zwolnienie? Szczyt bezczelności.
- Muszę
uzupełnić dokumentację – rzucił szybko Lars i uciekł do swojego gabinetu.
- Szczytem
bezczelności są pańskie insynuacje – odcięła się Sophie. – Gdzie pan się podziewał?
- Byłbym
wdzięczny, gdyby mnie pani nie rozliczała z przerw. Zapomina pani, kto tu
rządzi.
- Pańskie
wybujałe ego i mikroskopijne przyrodzenie…
Jonathan
szykował się do ciętej riposty, gdy na oddział wparowała niska kobieta z
okularami na nosie, wymachując jakimś papierkiem.
-
Powiedziano mi, że znajdę tu doktora Hamiltona! – zawołała na całą izbę
przyjęć.
- O mój boże
– szepnęła Amy. Była to bowiem pani, która niedawno darła się jej do słuchawki.
Jęczała coś o trzeciej ręce, a Amy nijak nie potrafiła przekonać panią, by
zadzwoniła na oddział, na którym doktor Hamilton rzeczywiście pracował.
- Doktora
Hamiltona? A dlaczego szuka pani doktora Hamiltona? – zdumiał się Jonathan,
stukając palcami w blat kontuaru rejestracji.
- Przed
chwilą rozmawiałam z panią… I ona powiedziała…
Sophie kątem
oka dostrzegła mężczyznę chowającego się w schowku na środki czystości. Rzecz
jasna nie był to jegomość, który standardowo obsługiwał wiadro z wodą.
- Jestem
przełożonym doktora Hamiltona – rzekł Jonathan. – Przynajmniej na tę okoliczność
– dodał do siebie. – Słucham zatem, w czym doktor zawinił.
- No bo to
yyy… Teraz nie wiem, co mam z tym zrobić… To może jest nic ważne, ale jest
ważne, wie pan? Mój mąż też chodził na USG trzustki, umarł, nie? Wszystkie
wynikiii… jak to się nazywa…
- Mhm… - Tak
brzmiała odpowiedź Cavendisha. Sophie z lekką fascynacją przyglądała się, jak
drga mu jedna powieka.
- USG, te
tego… USG, tak? Co to po tym brzuchu jeżdżą tą taką mazią…
- Tak, tak,
USG. – Palce doktora zastukały o blat. Sophie czekała, aż wybuchnie. Raczej nie
należał do najcierpliwszych osób. Zawsze szybko zdradzał się ze
zniecierpliwieniem, a bardzo często był niemiły wobec pacjentów. Być może
dlatego budził taki szacunek.
- Bardzo
dobrze wychodziły. Wychodziły bardzo dobre wyniki. Później wychodziły bardzo
dobre wyniki tego… tomografu komputerowego. Wychodziły bardzo dobre wyniki z
rezonansu magnetycznego. A trzynastego stycznia dostał do Londynu na biopsję. I
tam zrobili mu, nie mogli, bo miał wodobrzusze. Przez żołądek, bardzo cierpiał.
I też! Wie pan, nie rozumie tego… Ale to, co ona przywiozła wczoraj od tego
doktora medycyny Louisa Hamil… A dobra, nieważne… Hamilton! No, i wie pan…
Nazwisko jest źle napisane… Stan po urazie palca trzeciej ręki… Nie ma ona
trzeciej ręki… Ona jest bardzo piękną kobietą urodzoną i-i ma dwie ręce. I
jeden palec tylko miała chory. Poszła do niego i co teraz, proszę pana, ja mam
zrobić? Z tą trzecią ręką jej i tym palcem prawej ręki?
Z tego, co
zrozumiałą Sophie, Jonathan i stojąca za kontuarem Amy doktor Hamilton popełnił
błąd w opisie wizyty. „Stan po urazie palca trzeciej ręki” brzmiało może
niewinnie, na pewno zabawnie, lecz mogło sprawiać problemy w przyszłości, gdyby
pacjentka chciała udać się z tym gdzieś indziej.
- To trzeba
by zrobić korektę do opisu do tej wizyty… - zasugerowała Amy, lecz Jonathan
uciszył ją, unosząc lekko dłoń.
- Nie,
proszę paniom! – oburzyła się kobieta. – Ale tak nie może być… Jeżeli lekarz
wypisuje nazwisko źle, bo jest nie C tylko…
- W tym
momencie to nie jest wina lekarza. – Pacjentka powinna się była wylegitymować,
wtedy doktor nie popełniłby błędu. Przynajmniej tak sądziła Sophie, lecz ona
nie znała doktora Hamiltona.
- Nie! Nie
proszę paniom! Mi w akcie notarialnym napisali Helen Susan. Ja jestem Susan
Helen. Wszystko jest załatwione, tego… nie można pomylić nazwiska, proszę
paniom, ani daty urodzenia, ani nic…
Sophie
zacisnęła usta w wąską kreskę, starając się opanować drżenie kącików, które
pragnęły ułożyć się w uśmiech. Imię Susan wiele tłumaczyło. Rogowe oprawki i
łańcuszek okularów wiele tłumaczyły.
- Doktor
dostał od was od was z tego komputera, że wchodzi Alex Hampton, nie Campton –
ciągnęła zapamiętale Susan, świdrując spojrzeniem doktora Cavendisha. – Bo to
nazwisko to nie wiem do-do-do kogo… To co wy tam? Nazwisko źle, yyy, badanie
trzeciej ręki prawego palca, no ludzie… Przecie ona nie ma trzeciej ręki, ona
ma jedną.. dwie ręce! I dziesięć palców, a nie piętnaście! Ona nie jest dałnem!
No, i co teraz mi pan na to powie? Tylko do tego… Ja to załatwię, bo wie pan…
Dość że, fakt, że ją przyjął później, po dwudziestej, nie? Miała na 17:50… I
stan po urazie palca trzeciej ręki prawej. No, kurwa, trzeciej ręki nie ma
człowiek! To takie się pisze pacjentowi zaświadczenia?
Żuchwa
Cavendisha drgnęła niebezpiecznie, jego oblicze nadal pozostawało
nieprzeniknione. Sophie wpatrywała się w niego jak zaczarowana, pragnąc
wychwycić moment, w którym doktor będzie miał dość. To była jedna z rzadkich
okazji, gdy mogła mu się dokładniej przyjrzeć.
- Pani
wybaczy, ale dlaczego szuka pani doktora Hamiltona na oddziale ratunkowym? –
spytał Jonathan słodkim głosikiem. Niebezpiecznym głosikiem.
- Proszę pana.
Ja do pana nic nie mam. Ja pana szanuję, ja tam byłam, widziałam. Ludzie
siedzą, czekają na lekarza, bo ludzie są chorzy. Ja to rozumie. Bo tooo… taki
świat. Nie mają pieniędzy, nie mają co jeść, nie mają tego… Ale chodzi mi o to,
że ten doktor, bo ona wyszła i przyniosła od tego lekarza… Ten doktor en kropka
nadzwyczajny, specjalista chirurg… Dobra, nie będę czytać francusku, bo nie
umie, nie?
Doktor
próbował dojrzeć, co też ten Hamilton powypisywał pani w dokumentach.
- I tu,
proszę pana, pisze: Londyn, któryś tam… I pisze tutaj nazwisko. C, Cy jak
Cecile, A jak Anna, M jak Martha, P jak Peter, T jak Thomas, O jak Olly, N jak…
Natalie. A nasze nazwisko brzmi tak: H jak Helen, A jak Anna, M jak Martha, P
jak… - Susan musiała się chwilkę zastanowić, choć obydwie wersje jej nazwiska
różniły się zaledwie jedną literką. – Pfff… jak pedał.
Amy
powstrzymała parsknięcie, Sophie wciągnęła głośno powietrze przez nozdrza. Jak
Cavendish to robił? Jak on utrzymywał tą swoją śmiertelną powagę w obliczu tak
komicznych okoliczności?
- To już
jest, proszem pana pomyłka ten… Ona pójdzie z tymi dokumentami do lekarza
innego i to nie pasuje! I pisze dalej: lat dwadzieścia dziewięć, zgadza się,
oczywiście, bo ona skończyła 28 w listopadzie. Jedenasty, jedenasty,
osiemdziesiąt osiem. I proszę pana… Wchodzi do gabinetu, wychodzi później i
pisze: stan po urazie palca trzeciej ręki prawej. To ona ma po prawej stronie trzecią
rękę. Ja tak to rozumuję, tak? Proszę pana… I co pan mi na to…?
- Czy mi się
zdaje, czy wałkujemy cały czas to samo? – spytał nagle Cavendish. – Dlaczego
nie powie pani tego doktorowi Hamiltonowi?
- Ale jak
byłam, to jego nie było! – obruszyła się Susan.
- Cóż, musi
pani zatem przyjść innym razem, gdy będzie na dyżurze.
- Proszę
pana, to ja tak mogę chodzić codziennie, tak? Dobra, dobra… Niech mnie pan nie
naciąga na pieniądze, bo dosyć wczoraj wydałam tutaj w Londynie, nie? Byłam
wczoraj, z Ipswich jestem.
- Aha…
- Chodzi mi
o to że yyyyy… Ten pan, jeżeli go pan zobaczy, bo pan będzie go tam widzieć,
tak?
- W
najbliższym czasie się nie wybieram na tamten oddział. Tak naprawdę to nie
powinienem na nim bywać.
Sophie
wyczuła nutę żalu w tym zdaniu. Doktor naprawdę żałował, że musiał opuścić
swoją ortopedię, a praca na SORze musiała być dla niego nieprzyjemną karą.
Zaczynała rozumieć jego wrogość wobec ludzi, z którymi nie łączyły go żadne
więzi.
- To
dlaczego ja z panem rozmawiam? – Susan została zbita z pantałyku.
- To już
jest pytanie do pani. – Jonathan posłał jej litościwy uśmiech.
- Proszę mi
podać…
- Takie
rzeczy należy załatwiać osobiście. Życzę powodzenia w szukaniu doktora
Hamiltona.
- Nie, nie,
nie, proszę pana. Za dużo bym zapłaciła. Ja jestem tylko na rencie, ja nie mam
pieniędzy, by jeździć tam i z powrotem.
Tylko chodzi mi o to, że C zamiast H, A zamiast… To jest dobrze…
- Ale w czym
problem?
- To
pierwsza litera zamiast H jest C…
- Tak, już
mi to pani tłumaczyła. – Doktor sprawiał wrażenie znudzonego całą tą rozmową.
Sophie bała się poruszyć, by nie wyzwolić jego fali gniewu, który na pewno się
zbierał pod tą idealną powłoką.
- Dobrze,
ale musze panu jeszcze raz wytłumaczyć. Chcę to wiedzieć, czy z tym iść tu w Ipswich
gdzieś, bo tu napisał mi pan córkę, fakt, że ją przyjął tylko przez dziesięć
minut i ją to boli, ona pracować nie może. I pisał, napisał: stan po urazie
palca trzeciej ręki prawej.
- Aha, to
też mi pani mówiła…
- Ale ona
nie ma, proszę pana, trzeciej ręki, ona ma dwie… Jedną rękę..
- Tak, też
mi o tym pani wspominała…
- No to
teraz, lekarz takie coś może wypisać? Podpisane.. yyy… podpisane… de-er-en
medycyny Louis, specjalista chirurg, chirurg ręki, numer jego… Gdzie z tym,
proszę pana, iść?
- Tłumaczyłem
pani, że ta kwestię musi pani rozwiązać z doktorem.
- Z jakim
doktorem? Przecież doktor źle wypisał, to ja nie będę, proszę pana, dwa
tygodnie do nie-go chodzić, bo on się może nigdy nie pojawić. Pan ma mu to
powiedzieć!
Doktor
Cavendish nie lubił, gdy mu rozkazywano. To on był od wydawania poleceń i na
pewno nie będzie słuchał jakiejś obelżywej Susan Hampton, nie Campton, z
Ipswich.
- W jaki
sposób ja mam mu to… Ja mam mu to telepatycznie przekazać?
Amy udała,
że musi coś sprawdzić w komputerze, byleby się tylko ukryć ze śmiechem przed
Susan i doktorem.
- Ale gdzie
my byłyśmy z Alex tam na… Ona, proszę pana, nie była dłużej jak dziesięć minut,
nie wiedziała, że ten… ale stan po urazie palca trzeciej ręki prawej. To mnie
zaskoczyło, że mam córkę trzy… dwadzieścia dziewięć lat z dwoma prawymi rękami…
rękoma. Trzeciej ręki prawej. To ona ma… No tak! Trzy ręce ma prawe! Dobra, ja
nie rozumie, załatwię to inaczej w Ipswich. Dobra. Wie pan, nie będę nigdzie jeździć,
ale takie coś, jak miałam męża chorego na raka i też chodził na USG, pojechałam
z nią też, bo ona sobie robiła w Londynie rezonans, to pani nie uwierzyła, że
miał trzy USG i nic… dziwne to leczenie. Nie wiem, ale to do telewizji się
tylko nadaje. Dobra, wie pan co? Nie będę panu truła, bo pan idzie, pracuje,
pracuje, panu jest ciężko, pan jest porządnym facetem. Ale to jak ja tam… Ja
pier… Dość że nazwisko źle, dość że stan po urazie palca trzeciej ręki prawej.
To ona ma trzy ręce prawe! Bo jedną ma prawą, drugą lewą , a tu wychodzi, że
trzy ręce ma, prawe. No to super, no. To nie wiedziałam, że dałna urodziłam.
Dziękuję, do widzenia.
Powiedziawszy
to, odwróciła się na pięcie i wyszła, wprawiając w osłupienie wszystkich,
którzy byli świadkami całego zajścia. Cavendish wzruszył ramionami i podszedł
do drzwi schowka. Wyciągnął z niego, trzymając za ucho, lekarza, który musiał
być doktorem Hamiltonem we własnej osobie. Wyglądał dość pociesznie, zwłaszcza
będąc targanym za ucho przez Cavendisha. Przypominał Sophie elfa Świętego
Mikołaja. Brakowało mu jedynie czapki z dzwoneczkiem.
- Wydrukuj
mi, co ten pacan napisał – rzucił Cavendish do Amy. Pielęgniarka szybko
spełniła jego prośbę. – „Stan po urazie”… Czy ty nie możesz pisać normalnie?
- Przecież
jest dobrze napisane – jęknął Louis Hamilton. Jonathan puścił jego ucho i wytarł
dłoń w fartuch.
-
Faktycznie, ładne trzy. Używaj cyfr rzymskich, okej? Bo następnym razem, gdy
przyjdzie jakaś Susan z P jak pedał, nie będę cię krył.
- Nie
doceniałem twojej dobroduszności…
- Nikt nigdy
jej nie docenia.
- Rzadko się
ukazuje.
- Zejdź mi z
oczu, zanim zawołam Susan, by się wróciła.
Doktor
Hamilton skinął uprzejmie głową i szybkim krokiem oddalił się, by tymczasem nie
zdybała go Susan. Mogła chcieć powiedzieć jeszcze kilka słów.
- Wygląda na
to, że kryzys został zażegnany – stwierdził Jonathan, wyrównując fałdy swojego
nieskazitelnego fartucha. Amy podsunęła mu kilka formularzy, na które spojrzał
niechętnie. Lars wrócił z gabinetu, a na jego twarzy malowała się ulga.
- Doktor ma
nerwy ze stali – stwierdziła Emma, która słyszała jedynie fragmenty długiego
wywodu Susan.
- Teraz
możemy się zająć ważnymi sprawami – rzekł Cavendish, spoglądając znacząco na
Sophie. To spojrzenie zmroziło jej krew w żyłach. – Spóźnienia są
niedopuszczalne – powiedział sucho. – Tak, jak miganie się od pracy. Jeśli coś
się pani nie podoba…
- Pani
doktor zapewne liczy na specjalne traktowanie – zasugerował Jerome Atkins,
przyłączywszy się do konwersacji. Za nim stała Melissa Thompson, która
prychnęła z pogardą.
- Specjalne
traktowanie? Nie wiem, kim pani była w poprzednim szpitalu… - syknął Cavendish.
Nogi Sophie wrosły w podłogę.
- To pan nie
wie? – zdumiał się Atkins. – Doktor Miles jest w żałobie.
Czarne
kropki zatańczyły przed oczami Sophie, a nogi zamieniły się w ciało
bezpostaciowe. W zasadzie ich nie czuła. Niewidzialna ręka ścisnęła jej gardło,
sprawiając, że zaczęła się dusić. Ściany pomieszczenia zaczęły na nią napierać.
- Doprawdy?
– zdumiał się Jonathan. Cóż, jej strój raczej na to nie wskazywał.
- To dość
skomplikowana historia – ciągnął Atkins. Dziewczyny miały rację, Jerome był
dupkiem gotowym zniszczyć każdego w swojej drodze na sam szczyt. – Pani doktor
poślubiła swojego pacjenta, który okazał się być śmiertelnie chory. Umarł
niedługo po tym, pozostawiając pani doktor niemałą fortunę. To pewnie było przyczyną
odejścia pani doktor z pracy.
Nocami
widywała twarz Willa, jakby był tuż obok. Tęskniła za nim tak, jak tęskni się
za najlepszym przyjacielem. Chciała, by ją przytulił jak za dawnych czasów, gdy
uderzyła się w kolano albo spadła z roweru.
Cavendish
cały czas patrzył na nią z chłodem, który dla niego musiał być naturalny. On po
prostu tak miał. Zapadła cisza, podczas której nikt nie wystąpił z szeregu, by
obronić Sophie. Koniec końców zawsze zostawała sama na polu bitwy. Musiała się
wziąć w garść, lecz rany były zbyt świeże. Jerome znów je otworzył i znów dużo
czasu minie, nim zrosną się choć powierzchownie.
Rodzina
Willa tylko podsycała ogień. Zamęczali ją telefonami, mailami, listami. Kilka
razy wysłali adwokata, ale zagroziła, że potraktuje go gazem pieprzowym. Jerome
odkrył część prawdy i dopowiedział sobie historię, która była spaczonym tworem
wybujałej wyobraźni niedoświadczonego rezydenta mającego mdłości na widok krwi.
- Wspaniała
teoria – powiedziała, opanowując drżenie głosu. – Skończył pan?
Zapewne
spodziewał się jakiejś ciętej riposty. Nie tym razem, szczypiorku. Uniosła się
honorem, postanowiła, że nie będzie płakała przy ludziach. Posłała Cavendishowi
pogardliwe spojrzenie, po czym wyminęła go, lekko trącając ramieniem. Pognała do
szatni, głośno stukając obcasami.
Tamy pękły, gdy
ukryła się w najmroczniejszym kącie szatni. Nie mogła uwierzyć, że jakiś młodzi
grzebał w jej aktach. Czy to aby na pewno było legalne? Chciała zacząć nowy rozdział
w swoim życiu, podejmując pracę w nowym miejscu. Teraz do niej dotarło, że powinna
była wyjechać z tego miasta. Powinna była uciec do innego kraju.
Nie obchodził
ją jej makijaż, który na pewno spływał jej z twarzy, a jego część odbiła się na
fartuchu. Nie obchodziło ją, że w każdej chwili ktoś mógł wejść do szatni i zobaczyć
ją w rozsypce. Liczyło się to, że Atkins zepsuł jej reputację, nim jeszcze zdążyła
ją sobie wyrobić.
Czyjeś silne
ramiona podniosły ją z ziemi i przycisnęły do szerokiej piersi. Sophie poczuła delikatną
nutę drzewa sandałowego.
- Siostro, krople
uspokajające…

Komentarze
Prześlij komentarz