CXII Charles
Zmierzwił włosy na głowie i przestąpił próg
prywatnej praktyki doktora Benjamina Wrighta. Cokolwiek się miało stać tego
dnia, Charles był na to odporny. Świadomość tego, że gdzieś tam była Elizabeth
i na niego czekała, że była to jego Elizabeth i tylko jego, dodawała mu sił.
Lekkim uśmiechem powitał Judy, która od razu
zmiękła. Zaśmiał się w duchu z jej niezbyt rozgarniętej minki. Judy od razu
przyleciała do niego z kawą, choć nigdy tego od niej nie wymagał.
- Panie Charles… - zaczęła. Zawsze nazywała go
„panem Charlesem”, nigdy „panem Wright”. W ten sposób odróżniała go od doktora
Wrighta. – Mogłabym wyjść dziś wcześniej?
- Dlaczego pytasz mnie o pozwolenie? – zdumiał
się Charles. – To mój ojciec wszystkim dowodzi.
- Boję się do niego podejść – wyznała szczerze
Judy, czym jeszcze bardziej zaskoczyła Charlesa. – Jest jakiś taki…
- Zły?
- Chyba znów pokłócił się ze swoją…
- Z Zoe? Często się kłócą? – Zdał sobie sprawę,
że było to niemądre pytanie. Judy przecież nie mieszkała z doktorem, nie
wiedziała, co się dzieje pod jego dachem. – Oczywiście możesz wyjść dziś
wcześniej.
- Powie pan doktorowi?
- Nie martw się, biorę to na siebie. – Charles
puścił do Judy oko. Był dla niej naprawdę miły chyba po raz pierwszy, odkąd
doktor ją tu zatrudnił.
Dzień powoli brnął do przodu jak na złość.
Starał się nie dawać znać po sobie, że jest to jego ostatni dzień w pracy. Był
uroczy dla swoich pacjentów, co traktował jak swoisty żart. Kilka razy musiał
przywołać się do porządku, by znów zachowywać się poważnie. W końcu Charles
uchodził za mężczyznę pełnego chłodu.
Judy wyszła wcześniej za pozwoleniem Charlesa i
było mu to bardzo na rękę. Zamierzał sam podejść swojego ojca. Wstąpił do jego
gabinetu, gdzie gniewnie spisywał notatki z sesji.
- Podpiszesz mi urlop? – spytał Charles
niewinnie. Doktor podniósł na niego wzrok.
- Urlop? Właśnie teraz? – odparł burkliwie.
- Sytuacja stała się ostatnio dość… napięta.
- Zważywszy głupoty, które wyczyniasz…
- Muszę odpocząć. Z dala od Cambridge.
Doktor zaśmiał się krótko.
- Dokąd zamierzasz pojechać?
- Do Porthtowan. – Doktor momentalnie
spochmurniał.
- Dlaczego akurat tam?
- Babcia mnie zaprosiła.
- Ta cholerna kobieta… Musiała tu przyjechać?
- Chciała zobaczyć, gdzie została pochowana jej
córka. To chyba normalne, co?
- Po tylu latach?
- Nieważne, ojcze. Ja chciałbym zobaczyć
rodzinny dom mojej matki.
- Jeśli miałoby ci to pomóc…
Doktor Wright szybko podpisał wszystkie
podłożone mu dokumenty. Jego rola formalna ograniczała się właśnie do
podpisywania, całą brudną robotę odwalała Judy, która była strażnikiem
dokumentów, terminów i skarbówki.
- Ile czasu cię nie będzie? – spytał doktor,
gdy Charles już wychodził.
- Mój urlop potrwa dwa tygodnie, ojcze – odparł
sucho Charles, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń.
- Mam nadzieje, że odpowiednio zatroszczyłeś
się o swoich pacjentów.
Charles machnął ręką i szybko wyszedł.
Postanowił, że później wróci i zabierze wszystkie swoje rzeczy. Wyczyści
gabinet i zamknie go na klucz, by nikt nie miał do niego dostępu. Zakradnie się
nocą jak jakiś zbój. Nie wiedzieć czemu, bardzo cieszyła go ta perspektywa.
W drodze powrotnej wpadł do sklepu po kilka
sprawunków. Nagle zdał sobie sprawę, że od teraz nie będzie robił zakupów tylko
dla siebie. Nie był do końca pewien ilości pewnych produktów, ani tego, co
naprawdę lubiła Elizabeth. Tak naprawdę niewiele o niej wiedział poza jądrem,
wokół obracała się cała jej osoba. Znał jej kwintesencję i to co skrywała
najgłębiej. Znał jej uczucia, wiedział przecież, że go kochała, że pewnych
rzeczy się bała, wiedział, czym ją rozbawić, a czym zirytować. Nie wiedział
natomiast jaki makaron jadała, jakie lubiła wino i ile czasu gotowała jajko, by
było idealne.
Codzienne życie składało się z drobiazgów,
które były jak puzzle składające się na większy obraz. Owe drobiazgi mogły
uchodzić za rzeczy pozornie bez znaczenia, ale właśnie te szczegóły
paradoksalnie najbardziej na człowieka wpływały. Charles nie lubił, gdy woda
kapała z kranu, nie znosił nieporządku w swoich książkach i nie akceptował
herbaty z mlekiem. Uwielbiał za to dźwięk deszczu, otwierał wtedy okna i
delektował się muzyką natury. Lubił prostotę i spokój, choć czasem sam był
siewcą chaosu. Nie wiedział, jak do tego wszystkiego ustosunkuje się Elizabeth.
- Charles, to tylko makaron – zauważył Drake,
wyłoniwszy się z bocznej alejki. – Też chciałbym mieć takie problemy. Farfalle
czy penne?
Czy Drake wiedział, co trapiło Elizabeth? Jak
inaczej mógł wytłumaczyć jego przedziwny spokój, gdy wszystko u Marge pogrążyło
się w chaosie?
- Cóż, dobrze, że nie wybierasz podpasek –
zachichotał Drake, wybierając kilka torebek na chybił trafił. – Charles, czy
coś się zmieniło?
- Wiele rzeczy się wydarzyło. Musisz
doprecyzować swoje pytanie – odparł Charles, w duchu śmiejąc się z głupkowatej
miny Drake’a.
- Chodzi mi o ciebie i Elizabeth. Doskonale
wiesz, co mam na myśli.
- Tak naprawdę nic się nie zmieniło.
- Jasne – sarknął młody Henderson. –
Oświadczyłeś się jej, ona cię odrzuciła i wszystko jest po staremu.
- Elizabeth nieco się przestraszyła. Cóż,
okazało się, że nie jest taka, jak wszyscy sądziliśmy.
To stwierdzenie miało w sobie wiele wymiarów, a
Drake mógł zobaczyć jedynie kilka z nich. Elizabeth fizycznie różniła się od
kobiety, za którą wszyscy ją mieli za sprawą nieustannie proliferujących
komórek, a każdy cykl mitozy przybliżał ją do końca. Lecz nie chodziło tylko i
wyłącznie o jej fizyczny aspekt. Jej wnętrze pozostawało wśród większości w
sferze domysłów wykreowanych na podstawie wspomnień i plotek. Elizabeth, którą
znał Charles, była najcudowniejszą istotą pod słońcem, nie istniała druga taka.
Osobiście wolał nie zdradzać się z tymi stwierdzeniami, mając świadomość, jak
kiczowate były.
- Współczuję, Charles, naprawdę – jęknął Drake
rozpaczliwie. – Nie rozumiem, co w nią wstąpiło.
- Przyznaj się, tak naprawdę nigdy dobrze jej
nie znałeś – odparł Charles, ale nie zamierzał być złośliwy. – Powinienem był
się spodziewać takiego obrotu spraw. Elizabeth zawsze źle radziła sobie z
elementem zaskoczenia, zwykle reaguje impulsywnie i według niektórych
irracjonalnie.
- Potem gdzieś się chowała i długo nie
wyściubiała nosa. Do następnego razu, gdy coś zmalowaliście z Michaelem.
- Ach, piękne czasy… - westchnął Charles.
- Próbowaliście o tym rozmawiać? – Rozmowy z
Elizabeth nie zasługiwały na miano „rozmów”. Za każdym razem, gdy Michael i
Charles wywijali jakiś numer, zamykała się w sobie, a konwersacja ograniczała
się do gniewnych pomruków lub do głośnego pochlipywania.
- Cóż, biorąc pod uwagę fakt, że zawodowo
zajmuję się rozwiązywaniem problemów poprzez dialog… Nie, wcale nie
rozmawialiśmy – sarknął Charles. – Robisz coś w przeciągu najbliższych dwóch
tygodni?
- Słucham? – Pytanie Charlesa zbiło go z
pantałyku.
- Pakuj się i pojedziemy do Porthtowan. Babcia
Darcy zaprasza.
- Nie możesz tak po prostu uciekać od
problemów! – obruszył się młody Henderson.
- Nie uciekam, zamierzam tam poślubić mój
problem.
Charles przyłożył palec do ust, gdy Drake już
otwierał usta, by coś powiedzieć. Miał to być ich mały sekret, żeby Drake’owi
nie przyszło do głowy godzenie go z Elizabeth. Ostatnie, czego potrzebował, to
ingerencja osób trzecich w jego związek. W oddali dostrzegł Harriett i postanowił
się ulotnić. Jakimś cudem zawsze znajdowała sposób, by „przypadkiem” gdzieś się
na niego natknąć.
Odkąd odkrył jej mały sekrecik, nie czuł do
niej niczego poza obrzydzeniem. Poszukiwała współczucia i troski, a
jednocześnie tak go okłamywała. Nie zamierzał się do niej zbliżać, nie miał
zamiaru znów się wikłać w jakąś dziwną relację. Dość już miał udawanek i
nieczystych zagrań. Szkoda tylko, że dotarło to do niego tak późno.
Pośpiechu zapłacił za swoje zakupy w obawie,
że Harriett zdybie go przy kasie, a dobre wychowanie nie pozwoli mu obcesowo
się od niej uwolnić. Kasjerka posłała mu swój najlepszy uśmiech numer trzy,
lecz Charles nie zwrócił na to uwagi.
Teraz wiele rzeczy mu umykało, bowiem stały się
jakieś takie nijakie i bez wyrazu. Zlały się z tłem. Myśli Charlesa krążyły
wokół Elizabeth. Wokół jej piegów, drobnych dłoni, miękkich włosów. Michael
uważał, że nie było w niej niczego szczególnego, w końcu to on nazwał ją
„Brzydką Betty”. Dla Charlesa nie liczyło się obecnie nic poza nią. Gardził dawnym
sobą, który oglądał się na ulicy, gdy tylko coś przyciągnęło jego uwagę.
Zachowywał się wtedy jak głupi szczeniak, obecnie miał do siebie więcej
szacunku.
Powrócił do domu, do pustego domu, który
pachniał kwiatami i Elizabeth. To nadal nie był jej dom, dlatego nie
odnajdywała się tutaj, choć większość rzeczy zostało zaaranżowanych przez nią.
To Elizabeth wybierała farby, dywany, meble i bibeloty. Zawsze mieszkał w tym
domu sam i nigdy nie miał problemu z samotnością. Dopiero gdy jej zabrakło,
poczuł się niebywale samotny.

Komentarze
Prześlij komentarz