LXXXVI Elizabeth
Charles z pełnym zadowoleniem odwiózł ich do
domu. Randy rozpoznał w młodym lekarzu Stana, niegdyś pryszczatego dzieciaka w
okularach w grubych oprawkach, które zawsze sklejone były taśmą w części
nosowej. Stan chadzał na korepetycje do profesora Hendersona i Elizabeth
natknęła się na niego kilka razy. Nie sprawiał wrażenia bystrego i całkowicie
stracił w jej oczach, gdy Michael zniszczył okulary Stana, a ten nie miał dość
odwagi, by wskazać winowajcę, gdy cała wina spadła na Elizabeth. Najwidoczniej
Stan wyedukował się na tyle dobrze u profesora, że poradził sobie na medycynie.
Młody Wright najpewniej odpowiednio
poinstruował Randy’ego, gdyż ten nie wspominał o całym zajściu. Elizabeth była
wdzięczna za to, że zdjęto z jej barków ciężar wyjaśnień, nadal pozostawał
jednak niesmak oraz ciężar winy.
- Jesteś zawiedziony – stwierdziła w końcu, nie
mogąc wytrzymać napięcia.
- Niewątpliwie – odparł krótko Randy. Rzadko
się zdarzało, że bywał zawiedziony. – Powiedz mi, co chciałaś przez to
osiągnąć?
- Chciałam sprawdzić, czy nie mam tymczasem
paranoidalnych uprzedzeń.
- Przekonałaś się o tym w najgorszy możliwy
sposób. Czasem musimy popełnić wielki błąd, by przekonać się o własnej
omylności.
Charles obiecał, że załatwi sprawę z Michaelem,
choć żadne z nich nie miało pojęcia, na czym miałoby to polegać. Charles nie
mógł wprost rozmówić się z nim, bowiem na jaw wyszłaby ich bliska relacja, mógł
zatem tylko podpuszczać Michaela, by ten przedstawił prawdziwą wersję wydarzeń
i przez to się zdradził.
- Mam nadzieję, że czegoś cię to nauczyło. –
Elizabeth widziała, że owo pouczenie nie było wcale miłe dla jej wuja. Czuł się
jednak zobowiązany, by skłonić ją do wyciągnięcia wniosków.
- Całkowicie utraciłam wiarę w ludzkość –
rzuciła z przekąsem. – Udało mi się oddzielić tych, którym ufam, od całej
reszty, której nie ufam. Muszę powiedzieć, że mój zbiór zaufania jest dość
malutki.
- Chciałbym, żebyś trzymała się z dala od
Michaela – powiedział Randy stanowczo.
- To raczej trudne, gdy sam się zbliża.
- Wiesz, co mam na myśli. Nie życzę sobie, by
się koło ciebie kręcił.
- To nie mnie winieneś upominać.
- Charles mi zabronił.
- On zabronił tobie? – zdumiała się Elizabeth.
Jak on tak mógł napominać Randy’ego?
- Uprzejmie wytłumaczył mi, że Michael tylko
czeka na gwałtowną reakcję, która byłaby ukoronowaniem jego wysiłków. Nie
zamierzam dać mu satysfakcji.
- I wcale nie krzyczałeś, że go zabijesz? Nic w
tym stylu?
Randy wydął usta w śmiesznym grymasie.
- Cały Randy… - westchnęła Elizabeth.
Jednocześnie poczuli potrzebę zaparzenia herbaty, zatem spotkali się w kuchni.
Elizabeth ustąpiła wujowi pola, jako starszemu.
- Odniosłem wrażenie, że Charlesa uraziła cała
sprawa – zauważył Randy, przyglądając się uważnie bratanicy. Pragnął wypatrzeć
na jej twarzy oznaki czegokolwiek poza obojętnością, którą przywdziewała, gdy
rozmowa schodziła na młodego Wrighta.
- Jednoznacznie dałam mu do zrozumienia, że nie
ufam mu wystarczająco, by słuchać jego rad – odparła z boleścią w głosie. –
Naprawdę nie chciałam, żeby tak to wyszło. Po co ten Charles w ogóle zawraca
sobie mną głowę?
- Dlatego że lubi ciebie bardziej niż samego
siebie. – Elizabeth uniosła brwi w niemym zdziwieniu. – Pamiętam czasy, gdy
przychodził mi się wyżalić. Te rozmowy dotyczyły ciebie, byłaś jego główną
bolączką, choć wszystko kręciło się wokół niego. To on potrzebował współczucia,
rad, pocieszenia. Zawsze chodziło mu o niego samego, skoro ty byłaś nieobecna.
- A teraz niby jest inaczej?
- Wiele się zmieniło od tego czasu. Wiem, że
próbuje uwolnić się od poczucia winy, ale nie mogę nie zauważyć, że troszczy
się o ciebie również z innych pobudek.
Elizabeth uśmiechnęła się smutno. Z jakich to
innych powodów Charles mógł się o nią troszczyć? Czy na pewno była to troska,
czy też skrępowany był pewnego rodzaju obowiązkiem, by utrzymać ją przy życiu,
gdyż inaczej miałby ją na sumieniu?
Zdawała sobie sprawę z tego, że była surowa w
swych osądach. Broniła się, by nie usłyszeć czegoś, co mogło diametralnie
zmienić jej życie, a lubiła je takim, jakie było.
- Zapewne ma to wiele wspólnego z tym, o czym
plotkujecie z Marge – rzekła sucho, rozpamiętując w myślach ciepły dotyk
Charlesa, gdy niepostrzeżenie ujął jej dłoń w szpitalu.
- Jeśli o mnie chodzi, postanowiłem się
wykluczyć z tych zawodów.
- Jak wspaniałomyślnie…
- Gdyby jednak… Naprawdę nie bałbym się
zawierzyć cię Charlesowi.
- Cóż, dlatego znów zostaliśmy przyjaciółmi.
Przez lata nieobecności Elizabeth to Charles stał
się najbliższą Randy’emu osobą. Obdarzył go niemal ojcowskimi uczuciami i
chętnie upatrywał w nim członka swojej rodziny. Z jednej strony nie mogła
znieść tych nacisków – Marge, Randy, Stephen – wszyscy uparli się, że łączy ich
uczucie zaczynające się na literę „m”, choć nikt nie nazywał tego aż tak
bezpośrednio. Z drugiej strony pragnęła mieć jakiekolwiek wyznania już za sobą,
ponieważ czuła, że traci grunt pod nogami.
Randy dał jej do zrozumienia, że gdyby
cokolwiek się między nimi urodziło, byłby temu przychylny. Mieliby jego
błogosławieństwo. Elizabeth jednak wątpiła, by ktokolwiek mógł ją pokochać, już
na pewno nie Charles, który wiedział o niej to, co wiedział. Ona sama nie
lubiła się na tyle, by myśleć o sobie w superlatywach.
***
Słowa Randy’ego nie dawały jej zasnąć. Budziły
do życia wspomnienia bliskich chwil spędzanych z Charlesem. To wszystko
sprawiało, gdy leżała samotna w łóżku, że czuła się jeszcze bardziej samotna.
Nie lubiła ludzi, w pewien sposób nużyli ją, obdzierali ze skromnych zasobów
energii życiowej, lecz Charles działał na nią zupełnie inaczej. Dzielił się
energią i choć czasem nie mówili zbyt wiele, czuła się, jakby rozmawiali
godzinami.
Upłynęło kilka kwadransów, nim zebrała odwagę,
by do niego zadzwonić. Obiecał jej, że nie będzie mu przeszkadzało, gdy
zadzwoni do niego w środku nocy.
- Elizabeth, coś się stało? – powiedział szybko
po zaledwie dwóch sygnałach. Musiał spać z telefonem pod poduszką. Był jednak
rozbudzony, więc może wcale nie spał.
- Nie mogę spać, mój drogi Charlesie… -
powiedziała, po czym zamilkła, zdając sobie sprawę z tego, jak głupio to
brzmiało. Sama przyznała sobie nagrodę za najgłupszą wymówkę. Tym samym
wyczerpała zasób tematów do jakichkolwiek rozmów.
- Dobry boże, nie strasz mnie… Myślałem, że
dostatecznie się wyspałaś u…
- Obiecałeś, że nie będziesz do tego wracał –
przerwała mu obcesowo.
- Nie możesz zasnąć? A co ja mam ci na to
poradzić?
- Poczytaj mi…
- Mam ci poczytać? – zaśmiał się Charles. –
Pewnie coś nudnego, co? Uważasz moją pracę za nudną…
- Hej, wcale nie! Nie przekręcaj moich słów!
- Akurat mam pod ręką starego, dobrego Junga…
Ale uważaj, będę go czytał po niemiecku.
- Zapowiada się nader interesująco.
- Nie ma być interesująco, ma być nudnie.
- Charles, czy sarkazm omija twoją głowę?
- Tak, jak moje rady twoją.
- Nienawidzę cię za to.
- Bardziej bym się zmartwił, gdybyś mi
powiedziała, że mnie kochasz.
- Żałuję, że cię o cokolwiek poprosiłam…
- Czekaj, czekaj, właśnie otwieram książkę… Czy
już chce ci się spać?

Komentarze
Prześlij komentarz